Dziś gruntowna przebudowa amerykańskiej gospodarki jest niezbędna i to możliwie szybko. Właśnie o tym w swoim artykule pisze Ray Dalio – miliarder i twórca Bridgewater, największego funduszu hedgingowego na świecie, który zarządza 125 mld dolarów.

Jak pisze Dalio, amerykański kapitalizm nie jest perpetuum mobile. Aby działał sprawnie, należy regularnie dokonywać przeglądu jego mechanizmów. Dzięki temu wciąż pozostanie w formie – nie zostanie przewrócony ani przez rynkowych zwycięzców zwiększających nierówności, ani łaknących sprawiedliwości rewolucjonistów.

Wywodzący się z amerykańskiej klasy średniej inwestor mógłby wydawać się wielkim piewcą współczesnego amerykańskiego modelu wolnego rynku. Wszak dorobił się na nim potężnej fortuny szacowanej na 17 mld dolarów, co czyni go 67. najbogatszą osobą na świecie.

Podczas swojej kariery, 70-letni Dalio na własne oczy widział upadek gospodarki planowanej i przyswojenie zasad wolnego rynku przez państwo pozornie komunistyczne, czyli Chińską Republikę Ludową.

Dostęp do równych szans i możliwości mający zostać zapewniony przez wolny rynek przez lata pobudzał ludzi do rozwoju i dalszego budowania dobrobytu. Kluczowa była wysokiej jakości edukacja i rozwinięta infrastruktura – pisze Dalio.

W budowaniu kapitalizmu niezwykle istotne były również wartości nienamacalne, takie jak silna kultura i wychowywanie dzieci w trwałych rodzinach, zwłaszcza w okresie ich dojrzewania, podczas procesu zdobywania przez nie wyższego wykształcenia. Dzięki temu wchodzące na rynek pokolenia mają szansę osiągnąć sukces. To z kolei skutkuje ich wiarą w sensowność regulacji i przestrzeganiem istniejących zasad.

W obliczu tych kryteriów, Dalio ma bardzo wiele do zarzucenia współczesnemu kapitalizmowi. Paradoksalnie, finansista świetnie odnajdujący się w obecnej rzeczywistości wskazuje na szereg poważnych zagrożeń płynących z konserwowania dotychczasowego systemu.

Problemy kapitalizmu w wersji amerykańskiej

Co jest zdaniem Dalio powodem do niepokoju? Przede wszystkim rosnące nierówności społeczne. Według szacunków, blisko 60 proc. Amerykanów nie odnotowało realnego wzrostu płac od 1980 roku (uwzględniając inflację i rosnące koszty życia).

W tym czasie osoby z najbogatszych 10 proc. społeczeństwa podwoiły – bądź tak jak w przypadku 1 proc. najbogatszych – potroiły swoje dochody.

To pokazuje, że z owoców rozwoju gospodarczego od dekad korzystają jedynie wybrani. Zaledwie 1/3 ze wspomnianego 60 proc. jest w stanie w ogóle cokolwiek zaoszczędzić, reszta żyje z dnia na dzień.

Tak wysokie nierówności powodują, że migracja między grupą bogatych i biednych staje się iluzoryczna. Innymi słowy, słynny American Dream w którym pucybut mógł został milionerem odchodzi w zapomnienie.

Taki stan prowadzi do wzrostu obszarów biedy wśród najmłodszych. Ósme pod względem PKB w przeliczeniu na obywatela państwo na poważnie boryka się z problemem ubóstwa dzieci. Według danych UNICEF 17 proc. z nich mieszkało w domach w których przynajmniej jeden członek rodziny nie był w stanie zakupić wystarczającej ilości żywności z powodu niedoborów finansowych.

W tym kontekście w materiale pojawia się wątek polski – Dalio wskazuje, że odsetek ubóstwa dzieci w Stanach Zjednoczonych jest obecnie wyższy niż w Polsce, Grecji a nawet Chile.

Inną wadą współczesnego jankeskiego kapitalizmu stało się zaniedbywanie edukacji. Dalio ocenia, że choć Stany wciąż mogą poszczycić się najbardziej prestiżowymi uczelniami świata takimi jak Harvard czy Yale, to pozostają one jedynie kroplą w morzu przeznaczoną dla nielicznej grupy wybrańców.

W rzeczywistości wiele placówek oświatowych jest niedoinwestowanych, gdyż utrzymanie 45 proc. z nich spoczywa jedynie na barkach władz lokalnych bez żadnej pomocy rządu federalnego. Zauważalne są także niedobory wysokiej jakości kadry pedagogicznej.

Poziom amerykańskiej edukacji spada. Na podstawie testów PISA Dalio stwierdza, iż USA znajdują się dopiero na 15. miejscu w zakresie wyników osiąganych przez uczniów. Finansista wskazuje, że najgorsze rezultaty osiągane są przez uczniów zagrożonych ubóstwem z niedofinansowanych szkół.

Wyżej wymienione uchybienia nie pozostają bez wpływu na pozostałe elementy systemu. Powstaje efekt domina. Słabe szkoły i braki wystarczającego wsparcia ze strony rodziców powodują, że na rynku pracy pojawiają się coraz mniej produktywne jednostki.

Niska jakość edukacji i ubóstwo tworzą coraz większe braki w wychowaniu kolejnych pokoleń.

Budowie stabilizacji nie wpływa także sytuacja amerykańskich rodzin. Blisko 38 proc. dzieci żyje bez jednego rozwiedzionego rodzica, a zaledwie mniej więcej połowa wychowuje się wraz z rodzicami z pierwszego małżeństwa.

Rośnie również liczba dzieci, których rodzice przebywają w areszcie – między 1991 a 2007 rokiem ich odsetek wzrósł o 80 proc.

Taki stan powoduje nie tylko pogłębiający się rozpad więzi społecznych, ale również generuje znaczne koszty. Oprócz wzrostu przestępczości (co także oznacza rosnące koszty penitencjarne i resocjalizacyjne), w wyniku pogłębiających się nierówności konieczny jest wzrost wydatków na opiekę zdrowotną.

Zauważalny jest też powiększający się odsetek przedwczesnych zgonów. To z kolei jeszcze mocniej wpływa na spadek dochodów społeczeństwa i pogłębia niekorzystne zjawiska w gospodarce.

Potrzebna reforma

Jak zaradzić zaistniałej sytuacji? Dalio nie wybiera spośród rozwiązań uważanych za klasycznie liberalne bądź socjalistyczne.

– Problemy nie wynikają z tego, że źli bogaci robią złe rzeczy biednym albo z tego, że biedni ludzie są leniwi a biurokracja nieefektywna – ocenia miliarder. Jego zdaniem dotychczasowe sukcesy były możliwe dzięki dążeniu do wzrostu zysków i ekspansji zagranicznej amerykańskich przedsiębiorstw.

Problemem była jednak krótkowzroczność. Wszechobecny outsourcing odbywa się ze stratą dla rodzimego rynku pracy.

Jednocześnie biedniejsi stają się coraz mniej wiarygodni kredytowo i mają jeszcze mniejsze szanse na zmianę swojej sytuacji. Politycy, zwracając uwagę przede wszystkim na zachowanie równowagi budżetowej, niechętnie inwestują w takie obszary jak edukacja, gwarantujące trudny do oszacowania zwrot dopiero w dość odległej przyszłości.

Dalio twierdzi, że sytuację zmienić mogą jedynie silni, odpowiedzialni przywódcy polityczni, którzy przebudują dotychczasowy system.

Przede wszystkim należy wprowadzić rozliczalność urzędników w oparciu o precyzyjnie dobrane wskaźniki, które pozwolą na bieżące monitorowanie sytuacji i obserwowanie reakcji na wdrażane zmiany.

Kolejną modyfikacją powinna być rozsądna redystrybucja zasobów w oparciu o pryzmat potencjalnych zysków. W tym celu miliarder zaleca projekty realizowane w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego, które zwiększyłyby społeczną odpowiedzialność za wytworzone dobra.

Jego zdaniem zasadne byłoby także dodatkowe opodatkowanie dóbr szkodliwych zdrowotnie czy procesów przekładających się niekorzystnie na ludzkie życie (np. emitujących zanieczyszczenia).

Niezbędne jest również stworzenie minimalnych standardów edukacji i opieki zdrowotnej. Zmiany nie ominęłyby także systemu podatkowego, który miałby szczególnie preferować klasę średnią przy jednoczesnym nieobniżaniu produktywności. Dzięki temu nowe programy wspierające najuboższych utrzymywane byłby z oszczędności, które same wytwarzają, nie generując w ten sposób dodatkowego długu publicznego.

Dalio dostrzega analogię między czasami, w których żyjemy, a latami trzydziestymi ubiegłego stulecia, które doprowadziły do przebudowy całej światowej gospodarki.

Wskazuje, że niezwykle istotne w tym kontekście okażą się zmiany polityczne powstałe w wyniku wyborów w Stanach Zjednoczonych i Europie, a także rezultat rywalizacji gospodarczej między USA a Chinami.

Zwycięzca tego starcia zbuduje na nowo porządek świata wyznaczający inne pozycje również pozostałym graczom. Już niebawem kapitalizm stanie przed jednym z najpoważniejszych sprawdzianów w swojej historii.