Argentyna jest bliska bankructwa po raz 9. od uzyskania niepodległości w 1816 r. i po raz trzeci od początku tego wieku.

Z bankructwem wiąże się rekonstrukcja długów, która zawsze jest procesem skomplikowanym, jednak w przypadku Argentyny krążą już legendy.

W 2014 r. kraj stał się niewypłacalny tylko dlatego, że niezgodnie ze sztuką przeprowadził procedurę rekonstrukcji długów.

Kraj był w tamtym czasie w niezłej kondycji gospodarczej – peso było stabilne, a bezrobocie wynosiło 7 proc. – i prasa określała Argentynę najbogatszym bankrutem świata.

5 lat później, w 2019 r., gospodarka w Argentynie ma się o wiele gorzej. Bezrobocie wynosi co prawda trochę ponad 10 proc., czyli nie ma tragedii, ale bardzo wielu mieszkańców opuściło kraj ze względu na brak perspektyw ekonomicznych.

Co więcej, tylko w sierpniu wartość peso spadła o 26 proc. względem dolara.

Prezydent kraju Mauricio Macri obecnie opracowuje plan wywiązania się ze zobowiązań, po tym jak w zeszłym tygodniu agencje ratingowe uznały, że kraj nie jest w stanie spłacić dużej części swoich długów.

Standard & Poor’s, jedna z trzech głównych agencji ratingowych, uznała „selektywną niewypłacalność” Argentyny, co de facto oznacza bankructwo.

Kryzys zadłużenia przychodzi niecałe dwa miesiące przed wyborami, szkodząc wiarygodności gospodarczej prezydenta Macri i utwierdzając i tak już (zbyt) silną pozycję Alberta Fernándeza, kandydata opozycji na prezydenta.

Fernández był w latach 2003-2008 szefem gabinetu ministrów i kojarzony jest z grupą polityków, którzy doprowadzili do poprzedniego kryzysu.

Ta informacja pojawiła się dziś rano w skrzynkach odbiorczych subskrybentów naszego codziennego newslettera 300SEKUND. Jeśli chcesz się na niego zapisać, kliknij tutaj.

>>> Czytaj też: Ekonomiści: Polski złoty mocno spadł przez argentyńskie peso i kredyty frankowe