Sektor chemiczny jest podstawą wielu gałęzi gospodarki, w tym rolnictwa, farmacji, motoryzacji i obronności. W ostatnich latach w Europie zamknięto około 37 mln ton mocy produkcyjnych w chemii, czyli około 9 proc. Tym samym Unia traci pozycję wobec konkurentów spoza kontynentu. Europejskie firmy częściej skupiają się na utrzymaniu działalności zamiast na długoterminowych inwestycjach – wynika z wypowiedzi przedstawicieli branży podczas XIII Kongresu Polskiej Chemii.
Przemysł chemiczny w Polsce i Europie działa dziś pod silną presją kosztów energii, regulacji i konkurencji spoza wspólnotowego rynku. Problemem są nie tylko wysokie ceny surowców energetycznych, ale też przeciążenie regulacyjne i zbyt słaba ochrona unijnego rynku przed tańszym importem.
W efekcie firmy, które powinny planować transformację i inwestycje na lata, koncentrują się raczej na najbliższych kwartałach. Dla sektora oznacza to ryzyko utraty zdolności produkcyjnych, miejsc pracy i technologicznej samodzielności Europy.
Branża mówi o recesji i krótkim horyzoncie
Podczas XIII Kongresu Polskiej Chemii przedstawiciele sektora wskazywali, że europejska chemia znalazła się w wyjątkowo trudnym momencie. Od wybuchu wojny w Ukrainie pogorszyły się warunki konkurowania europejskich firm, a rola przemysłu z innych regionów świata wzrosła.
– Przemysł chemiczny jest w pewnym sensie w recesji. Dzisiaj zastanawiamy się nad bytem tu i teraz, jak przetrwać najbliższy kwartał, rok, dwa lata, może trzy. Rzadko kiedy firmy mówią o perspektywie rozwoju i strategii nawet na 30 lat. Jest to jeden z fundamentów funkcjonowania tak strategicznej branży – mówi dr inż. Tomasz Zieliński, prezes Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego (PIPC).
Według przedstawicieli branży to istotna zmiana. Przemysł chemiczny wymaga długiego planowania, dużych nakładów inwestycyjnych i stabilnego otoczenia regulacyjnego. Jeśli firmy myślą głównie o przetrwaniu, trudniej im inwestować z myślą o przyszłości.
Koszty energii są największym problemem
Najważniejszą barierą są ceny energii. Chemia należy do sektorów energochłonnych – energia elektryczna, ciepło i surowce energetyczne mają duży udział w kosztach działalności. Gdy energia drożeje, rosną koszty produkcji nawozów, tworzyw, półproduktów i wielu innych wyrobów.
– Najważniejsze wyzwania obecnie to dostępność przystępnej cenowo energii, która stanowi najważniejsze ogniwo świadczące o konkurencyjności i pozycji tej branży. Natomiast ze względu na charakter całego przemysłu chemicznego, jego wielowątkowość, wyzwań jest znacznie więcej. Musimy dołożyć do tego kwestię przeregulowania czy konieczności ochrony rynku – wymienia dr inż. Tomasz Zieliński.
Z kwartalnego raportu Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego wynika, że w I kwartale 2026 roku ceny energii elektrycznej w Polsce były zmienne i nadal relatywnie wysokie. Po silnym wzroście w styczniu, gdy średnia cena osiągnęła 663,47 zł za MWh, w kolejnych miesiącach odnotowano spadek do 502,72 zł za MWh w lutym i 464,70 zł za MWh w marcu.
Droga energia odbiera przewagę
W pierwszych trzech miesiącach 2026 roku wzrosły również ceny ropy naftowej i gazu ziemnego. Miało to związek z atakiem Izraela i Stanów Zjednoczonych na Iran oraz blokadą dostaw surowców przez Cieśninę Ormuz.
Przedstawiciele sektora chemicznego są zdania, że przewidywalne i możliwie niskie ceny energii są warunkiem konkurowania z regionami pozaeuropejskimi. Bez tego firmy europejskie mogą tracić zamówienia na rzecz producentów z krajów, gdzie koszty produkcji są niższe.
– Zależy nam na tym, żeby energia elektryczna, cieplna czy surowce energetyczne funkcjonowały w przewidywalnych warunkach cenowych, na dosyć niskim poziomie cenowym. Taniość i opłacalność przekłada się na możliwość konkurowania z krajami czy regionami pozaeuropejskimi – mówi prezes PIPC.
Wsparcie konkurencyjności nie oznacza jednak wyłącznie niższych rachunków za energię.
– Dla branży chemicznej wsparcie konkurencyjności oznacza przede wszystkim zapewnienie takich warunków, aby przemysł mógł funkcjonować w Europie i nie musiał się przenosić poza jej granice, mógł inwestować w modernizację i spełnić cele transformacji. Branża chemiczna jest ważną gałęzią gospodarki. Od niej zaczyna się wiele innych, takich jak branża spożywcza, rolnicza, farmacja czy też sektor obronny – wyjaśnia Aleksandra Sutryk, główna specjalistka ds. regulacji z PIPC.
Wykorzystanie mocy produkcyjnych jest niższe od średniej
Przemysł chemiczny jest czwartym co do wielkości sektorem wytwórczym w Unii Europejskiej. Obejmuje 29 tys. przedsiębiorstw i zapewnia bezpośrednio 1,2 mln miejsc pracy. Pośrednio generuje także 19 mln miejsc pracy w łańcuchach dostaw.
Dane PIPC pokazują jednak, że wykorzystanie mocy produkcyjnych w unijnym przemyśle jest wyraźnie obniżone. W IV kwartale 2025 roku wskaźnik wyniósł 74 proc. To o 7,3 pkt proc. mniej niż długoterminowa średnia, która wynosi 81,3 proc.
Wykorzystanie mocy produkcyjnych pokazuje, jaka część potencjału fabryk jest realnie używana. Jeżeli zakłady pracują poniżej normalnego poziomu, może to oznaczać słabszy popyt, problemy kosztowe albo brak opłacalności produkcji. Według branży dane wskazują na utrzymującą się słabszą koniunkturę i brak wyraźnych sygnałów trwałego odbicia w europejskiej chemii.
Ochrona rynku staje się jednym z najważniejszych postulatów
Przedstawiciele sektora tłumaczą, że osłabienie pozycji europejskiej chemii może mieć konsekwencje wykraczające poza samą branżę. Jeśli w Europie będą zamykane kolejne instalacje produkcji chemikaliów, wzrośnie zależność od importowanych produktów. To może ograniczać autonomię Unii Europejskiej w obszarach ważnych dla przemysłu, bezpieczeństwa i transformacji.
– W świecie przepompowanym wyzwaniami geopolitycznymi ochrona rynku, zwłaszcza wspólnotowego, zaczyna odgrywać jedną z najważniejszych ról, aby konkurencyjność tej branży mogła być trwale odbudowana. Jednym z kluczowych elementów dla rozwoju branży, żeby zostać w Europie, jest zapewnienie jej przewidywalnych warunków funkcjonowania i możliwości inwestowania na przyszłość – wyjaśnia dr inż. Tomasz Zieliński. – Również budowanie istoty łańcucha bezpieczeństwa i odporności pod kątem dostępu do surowców, zapewnienia krytycznych i strategicznych produktów, które będą chronione także regulacyjnie, powinno zabezpieczyć tę branżę, zachęcić ją, żeby tu została i tu inwestowała.
Ochrona rynku oznacza w tym kontekście działania, które mają ograniczać nierówną konkurencję i chronić strategiczne zdolności produkcyjne w UE. Nie chodzi tu tylko o interesy firm, ale też o bezpieczeństwo dostaw dla innych sektorów.
System ETS pod presją krytyki
Jednym z najważniejszych obszarów sporu są regulacje klimatyczne i koszty emisji. Przykład? Unijny system handlu uprawnieniami do emisji CO₂, czyli EU ETS. W tym systemie firmy objęte regulacją muszą posiadać odpowiednią liczbę uprawnień, jeśli emitują dwutlenek węgla. Gdy uprawnienia drożeją albo ich dostępność spada, rosną koszty działalności.
Przemysł chemiczny wskazuje, że EU ETS silnie wpływa na konkurencyjność i możliwość inwestowania. PIPC razem z organizacjami z Czech, Słowacji, Węgier i Rumunii apeluje do Komisji Europejskiej o rewizję tego systemu. Organizacje chcą mechanizmów zapewniających większą przewidywalność i stabilizację cen uprawnień do emisji.
– Aby ten system był opłacalny i możliwy do wdrożenia przez branżę, aby transformacja energetyczna całego przemysłu mogła się toczyć, to siłą rzeczy konkurencyjność chemii musi być zapewniona – uważa prezes Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego.
Branża apeluje również o zmianę harmonogramu wycofywania bezpłatnych uprawnień do emisji, w tym korektę tempa działania wspólnego mechanizmu dostosowywania cen na granicach z uwzględnieniem emisji CO₂, czyli CBAM.
CBAM to mechanizm, który ma wyrównywać warunki konkurencji między firmami z UE a importerami z krajów o mniej restrykcyjnej polityce klimatycznej. Zdaniem branży potrzebne jest utrzymanie pełnego dostępu do bezpłatnych uprawnień, poszanowanie obecnych standardów oraz powiązanie ich ograniczania z realnym tempem dekarbonizacji sektorów objętych zmianami w UE.
Regulacje są problemem, gdy nie są równe dla wszystkich
Przedstawiciele chemii podkreślają, że sama regulacja nie musi być problemem. Problemem staje się sytuacja, w której firmy działające w Europie mają wyższe koszty i mniejsze możliwości pomocy publicznej niż ich konkurenci lub przedsiębiorstwa z innych państw UE.
– Mamy tu do czynienia z kilkoma aspektami. Po pierwsze, to kwestia tzw. goldplatingu, czyli sytuacji, w której regulacje krajowe stają się ambitniejsze niż to, czego wymagają dyrektywy unijne – wyjaśnia Szymon Domagalski, radca ds. regulacji w PIPC. – Druga kwestia to nierówności w dostępie do pomocy publicznej. Mamy teraz do czynienia z otwieraniem przez Komisję Europejską nowych możliwości pomocy dla przemysłu, związanych między innymi z mechanizmem CISAF czy dopłatami do kosztów energii. Nie wszystkie kraje mają równe możliwości pomocy swoim przedsiębiorcom, co doprowadza do tego, że mamy nierównowagi na wewnętrznym rynku. Trzecia, najbardziej widoczna i największa bolączka są kwestie związane z nadregulacją i nieproporcjonalnością regulacji.
Jako przykład regulacji o dużych skutkach dla producentów Szymon Domagalski wskazuje ograniczenia dotyczące stosowania związków per- i polifluoroalkilowych, czyli PFAS. To grupa ponad 10 tys. substancji. Według przedstawicieli branży ograniczenie ma obejmować także związki o bardzo niskim ryzyku środowiskowym lub zdrowotnym.
– W raporcie przygotowanym dla ITRE koszty tego zakazu oszacowano na 530 mld euro w pierwszym roku i ponad 70 mld euro w każdym kolejnym. To jest prawie 3/4 budżetu Polski w jednej pojedynczej regulacji, która w największym stopniu dotknie kwestie związane z transformacją energetyczną, bezpieczeństwem i obronnością – mówi Szymon Domagalski.
Branża czeka na fundusz i prostsze finansowanie
Na początku 2026 roku na poziomie Unii Europejskiej uruchomiono Sojusz na rzecz Krytycznych Chemikaliów. Ma on pomóc w przygotowaniu regulacji, na których skorzysta unijny przemysł chemiczny.
Branża liczy także na Europejski Fundusz Konkurencyjności, przewidziany w projekcie długoterminowego budżetu UE na lata 2028-2034. Fundusz ma dysponować budżetem ponad 234 mld euro i pobudzić inwestycje prywatne oraz publiczne. Wsparcie ma zostać przeznaczone między innymi na czystą transformację i dekarbonizację.
Aleksandra Sutryk dodaje, że przy wysokich kosztach energii, surowców i regulacji przedsiębiorstwa mają ograniczone możliwości inwestowania. Dlatego potrzebne jest jednoczesne łagodzenie kosztów oraz zapewnienie mechanizmów pozwalających finansować nowe technologie dekarbonizacyjne i recyklingowe.
– Europejski Fundusz Konkurencyjności może nam zapewnić wsparcie rozwoju technologii – nie tylko na etapie badawczo-rozwojowym, ale też przy skalowaniu inwestycji. W przemyśle chemicznym często ten obszar jest najbardziej kapitałochłonny. Ważne jest, aby rozwijać technologie niskoemisyjne, wodorowe, CCS, CCU czy też np. technologie recyklingu chemicznego – wyjaśnia ekspertka PIPC. – W przypadku mechanizmów finansowania apelujemy o neutralność technologiczną. Ważny jest cel, który musimy osiągnąć, a niekoniecznie, żeby osiągać go tylko za pomocą jednej technologii. Apelujemy też, żeby dostęp do dofinansowania był prosty, nieobarczony biurokracją i jak najszybszy, ponieważ inwestycje muszą się dziać tu i teraz.
CCS oznacza wychwytywanie i składowanie dwutlenku węgla, a CCU – wychwytywanie i wykorzystywanie CO₂ w dalszych procesach. Obie technologie są wskazywane jako potencjalne narzędzia ograniczania emisji w przemyśle.
Przemysł chemiczny powinien zostać w Europie, ale potrzebuje warunków
XIII Kongres Polskiej Chemii odbył się 11-12 czerwca w Warszawie. W wydarzeniu wzięli udział przedstawiciele liderów biznesu, administracji publicznej, regulatorów oraz eksperci całego chemicznego łańcucha wartości. Organizatorem była Polska Izba Przemysłu Chemicznego.
Wnioski z kongresu pokazują, że europejski przemysł chemiczny znajduje się w punkcie, w którym decyzje regulacyjne i energetyczne będą miały znaczenie dla przyszłości całego sektora. Branża nie kwestionuje potrzeby transformacji, ale wskazuje, że bez konkurencyjnych cen energii, ochrony rynku i przewidywalnych przepisów firmy mogą ograniczać produkcję lub przenosić działalność poza UE.
Dla gospodarki oznaczałoby to większą zależność od importu i słabszą kontrolę nad dostępem do produktów potrzebnych w rolnictwie, farmacji, przemyśle spożywczym, obronności czy transformacji energetycznej. Dlatego główny postulat branży brzmi: chemia może się modernizować, ale musi mieć warunki, żeby opłacało się robić to w Europie.
Polecamy także:
- Boom na pompy ciepła minął. Teraz wychodzą błędy, które podbijają rachunki
- Co trzeci Polak wolałby świat bez social mediów. Wśród młodych ten wynik jest jeszcze wyższy
- Tańszy import i droższe standardy. Polski drób wchodzi w trudny etap