W sobotę została zaatakowana największa rafineria w Arabii Saudyjskiej – Abqaiq, należąca do Saudi Aramco, saudyjskiego producenta ropy.

Abqaiq została nazwana przez jednego z analityków rynku ropy sercem systemu produkcji surowca.

„Sektor miał więc atak serca” – mówił Roger Diwan z IHS Markit niemieckiemu dziennikowi Süddeutsche Zeitung.

Królestwo produkuje jedną dziesiątą ropy naftowej na świecie, więc wydarzenie wstrząsnęło rynkami: dziś rano cena ropy Brent –  która jest punktem odniesienia ceny ropy dla reszty świata, skoczył w górę na otwarciu rynków w poniedziałek o 20 proc.

To największy taki skok od czasu ataku Iraku na Kuwejt na początku lat 90-tych,kiedy to były iracki dyktator Saddam Husajn wystrzelił rakiety na pola naftowe w ramach drugiej wojny w Zatoce Perskiej.

Atak dronów na obiekty rafineryjne oraz na drugie co do wielkości w królestwie pole naftowe, Khurais, zmniejszyły dzienną produkcję Saudi Aramco o 5,7 mln baryłek, mówi saudyjski minister energetyki książę Abdulaziz bin Salman.

W sierpniu firma dostarczała 9,8 mln baryłek dziennie – więc te wydarzenia kosztowały Saudyjczyków ponad połowę ich produkcji.

Stany Zjednoczone stwierdziły, że za ataki odpowiedzialny jest Iran.

Co to znaczy? Jeżeli cena energii miałaby wzrosnąć w dłuższej perspektywie czasowej, spowodowałoby to obciążenie i tak już kruchej gospodarki światowej.

„Światowa gospodarka nie może sobie pozwolić na wyższe ceny ropy naftowej w okresie spowolnienia gospodarczego”, powiedział analityk Ole Hasen z Saxo Bank agencji prasowej Bloomberg.

Jak pisaliśmy w zeszłym tygodniu, Arabia Saudyjska dążyła do podwyżki cen ropy, ponieważ zbiera na transformację gospodarki. Można więc powiedzieć, że w tym zakresie odnieśli sukces. Szkoda tylko, że na nim nie skorzystają.

>>> Czytaj też: 800 tys. ton saudyjskiej ropy w pół roku trafi do Polski