Ostatnie cztery tygodnie na światowych parkietach obfitowały w paniczną wyprzedaż akcji i dużą zmienność.

W ostatnich dniach na części rynków doszło jednak do lekkiego uspokojenia nastrojów, co pozwoliło m.in. warszawskim indeksom nieco ograniczyć spadki.

„Inwestorzy ponad pesymistyczne statystyki związane z COVID-19 zaczynają przedkładać działania podejmowane przez decydentów, czyli banki centralne i rządy. A ich skala w ostatnich dniach była gigantyczna” – zauważa Marek Rogalski z Domu Maklerskiego BOŚ.

Jeżeli chodzi o program stymulacji chociażby amerykańskiej gospodarki, administracja Donalda Trumpa zamierza rozdysponować na ten cel 850 mld dolarów. W tej kwocie mieści się pomysł rozdania po tysiąc dolarów każdemu pełnoletniemu obywatelowi.

Jeżeli dodamy do tego 700 mld dolarów jakie sukcesywnie na rynek zmierza wypuszczać amerykańska Rezerwa Federalna poprzez program skupu aktywów, dostajemy kwotę rzędu 1,5 biliona dolarów –  tyle pieniędzy zostanie wpompowane w amerykańską gospodarkę.

Niemcy na wskrzeszenie swojej gospodarki zamierzają przeznaczyć 550 mld euro, a Francja 300 mld euro.

Jednak ekonomiści Saxo Banku wskazują, że pozytywny wpływ „rozdawania pieniędzy” ma charakter krótkoterminowy.

„Rozdawanie pieniędzy może zapewnić ulgę gospodarce w perspektywie krótkoterminowej, wzmocnić rezerwy pieniężne przedsiębiorstw i pobudzić popyt pod warunkiem, że środki te nie będą stanowić oszczędności. Jednak ten masowy napływ pieniądza do systemu wynikający zarówno z bodźców fiskalnych, jak i pieniężnych, będzie miał swoje konsekwencje i może w dłuższej perspektywie nasilić presje inflacyjne, o ile nie pozostanie pod kontrolą” – pisze Christopher Dembik z Saxo Banku.

System finansowy to zbiór naczyń połączonych, więc początkowo panika rozlała się po światowych giełdach w miarę równomiernie. Ale wspomniane delikatne ocieplenie nastrojów przebiegło już nieco inaczej na poszczególnych rynkach.

Na Wall Street nerwowo

Gdy w 2008 roku pękła bańka spekulacyjna na rynku kredytów hipotecznych, a 15 września upadł Lehman Brothers, dzienne wahania indeksów amerykańskich potrafiły sięgać nawet kilkunastu procent. Indeks Dow Jones Industrial potrafił wówczas w osiem sesji stracić niemal 20 proc., by w jeden dzień odrobić ponad połowę tych strat.

Ostatnie tygodnie przyniosły na Wall Street nie tylko podobną skalę wahań, ale również najgorszą pod względem spadków sesję od 1987 roku.

Dow Jones od 24 lutego 2020 stracił ponad 34 proc., a w minionym tygodniu osiągnął trzyletnie minimum (w poniedziałek stracił 13 proc.). Indeks potrafił w czasie jednej sesji spaść o 9 proc., by nazajutrz w całości zniwelować spadki.

Zmiany wartości rzędu +/-5 proc. nie robią już specjalnie na nikim wrażenia – po panicznej wyprzedaży weszliśmy w stan ogromnej zmienności.

Podobna wahliwość cechowała indeks szerokiego rynku na Wall Street – S&P500, który w skali miesiąca poszedł w dół o niespełna 32 proc.

Z pięciu największych spółek w S&P500 największa przecena dotknęła walory Facebooka (-29 proc.), a relatywnie nieźle poradził sobie Amazon (-15 proc.).

Warto zauważyć, że zarówno Dow Jones jak i S&P500 znajdują się znacznie powyżej minimów z 2016 roku.

DAX, CAC i IBEX straciły więcej niż warszawskie indeksy

Giełdy w najbardziej dotkniętych epidemią krajach europejskich (Włochy, Hiszpania, Francja i Niemcy) zanotowały zdecydowanie najgłębsze spadki, a jakiekolwiek wyraźniejsze odreagowanie przyszło dopiero w piątek.

Jedna sesja ponad 3-proc. zwyżek to jednak zdecydowanie za mało, aby doszukiwać się trwałej poprawy nastrojów w Eurolandzie.

Tym bardziej, że na przestrzeni miesiąca notowany na frankfurckiej giełdzie DAX spadł o 34,6 proc., paryski CAC poszedł w dół o 33,2 proc., a madrycki IBEX aż o 35,1 proc. – to jedne z najgorszych wyników w Europie.

Tak głęboka przecena skłoniła hiszpański rząd do wprowadzenia ograniczeń mających na celu zapobieżenie „wrogim przejęciom” hiszpańskich spółek. Inwestorzy spoza Unii Europejskiej będą mogli kupić maksymalnie 10 proc. akcji tych spółek (co uniemożliwi im przejęcie ewentualnej kontroli).

Na tle najważniejszych indeksów Eurolandu przyzwoicie wypadły warszawskie indeksy. WIG20 w ostatnich pięciu sesjach zyskał 9 proc., ale odreagowanie nastąpiło po dotarciu do poziomów najniższych od 2003 roku.

W ujęciu miesięcznym stopa zwrotu z indeksu polskich blue chipów to -29,1 proc.

Na 28-proc, minusie znalazł się mWIG40, a grupujący małe spółki (najmocniej narażone na utratę płynności w związku z zastojem gospodarczym) sWIG80 spadł o niespełna 24 proc.

Należy jednak przypomnieć, że na przełomie lutego i marca polski parkiet przeżywał najsilniejsze spadki w swojej historii, a między 9 a 13 marca spadki WIG20 były porównywalne z tymi, jakie notował włoski indeks. Lekkie uspokojenie nastrojów było więc kwestią czasu.

Analitycy wskazują, że zeszłotygodniowe odbicie na GPW wynikało m.in. z ogłoszonego pakietu fiskalno-monetarnego , a jego siła była nieco zaskakująca.

>>> Czytaj także: Tarcza antykryzysowa: 11 najważniejszych punktów pakietu rządowego

Włochy, Grecja i Rosja na końcu stawki

Włoski FTSE MIB stracił w omawianym okresie nieco ponad 37 proc. Przebił minima z 2016 roku i znajduje się niespełna 15 proc. powyżej dołków z 2012 roku. Wygląda jednak na to, że włoski indeks wyhamował skalę spadków, bo w ostatnim tygodniu stopa zwrotu wyniosła -1,4 proc. A sytuacja we Włoszech jest wciąż katastrofalna.

W minionym miesiącu na Starym Kontynencie najmocniejsza przecena dotknęła rosyjski RTS. Główny indeks moskiewskiej giełdy stracił 39 proc. wartości. Blisko 40-proc. spadek zanotował również indeks ateńskiej giełdy.

W Azji giełda w Hong Kongu relatywnie najmocniejsza, Nikkei powyżej minimów z 2016 roku

Japoński Nikkei stracił na przestrzeni ostatniego miesiąca niespełna 30 proc. wartości, podobnie jak koreański Kospi, który znalazł się na najniższym poziomie od 2011 roku.

Relatywnie odporny na zawirowania wydaje się indeks akcji spółek notowanych na giełdzie w Hongkongu – Hang Seng, który w okresie największej od lat przeceny spadł o niespełna 19 proc. Wartość indeksu wynosząca ponad 22 500 pkt. znajduje się bardzo daleko od minimów z 2016 roku (ok. 18 300 pkt.).

Japoński Nikkei ma do tych minimów znacznie bliżej – niespełna 10 proc.

Epidemia koronawirusa spowodowała, że na rynkach akcji na całym świecie zrobiło się dosyć tanio.

Brak jakichkolwiek wiarygodnych mocy prognostycznych w kwestii rozwoju epidemii i czasu dalszego wstrzymania aktywności gospodarczej powoduje jednak, że kupno nawet mocno przecenionych akcji wciąż obarczone jest ogromnym ryzykiem.

>>> Czytaj także: Deutsche Bank przewiduje największe spowolnienie od II wojny światowej, ale i szybkie odbicie