Nie przerobiliśmy w Polsce kwestii odpowiedzialności za to, co się w tej chwili dzieje z klimatem i w tym kontekście brakuje nam także refleksji nad tym, w jaki sposób ta odpowiedzialność przekłada się na nasze obecne zobowiązania redukcyjne – mówi w rozmowie z 300Gospodarką Lidia Wojtal.

Lidia Wojtal to niezależna ekspertka ds. polityki klimatyczno-energetycznej z ponad 13-letnim doświadczeniem w unijnych i globalnych negocjacjach klimatycznych. Negocjatorka w ramach polskiej delegacji na szczyty klimatyczne ONZ w latach 2007-2017.

Barbara Rogala, 300Gospodarka: Czy te wszystkie wielkie umowy międzynarodowe, jak np. protokół z Kioto i – 18 lat później – porozumienie paryskie przyniosły zmiany na lepsze? 

Lidia Wojtal: Protokół z Kioto z 1997 roku był pierwszą próbą zrobienia czegoś na poziomie praktycznym z globalnymi emisjami. Była to próba dosyć nieudana, aczkolwiek bez niej na pewno nie doszlibyśmy do etapu, na którym teraz jesteśmy. Protokół obejmował jedynie około 40 państw. Na dodatek wszedł w życie w momencie, kiedy dość gwałtownie poszybowały w górę emisje krajów, które do tego czasu nie emitowały wiele. Bardzo szybko okazało się, że wysiłki państw, które wcześniej zobowiązały się do redukcji emisji – nieważne jak duże – po prostu nie wystarczą.

To właśnie spowodowało, że w chwilę po wejściu w życie protokołu z Kioto w 2005 r. – podjęto próbę wynegocjowania bardziej aktualnego rozwiązania. Tu mówimy o słynnym szczycie w Kopenhadze w 2009 roku, który był potężną międzynarodową klęską. Wówczas nie odczuwano jeszcze tak silnie potrzeby walki ze zmianami klimatu, poza tym światowa gospodarka nie była w najlepszej kondycji. Przede wszystkim od początku nie było widać, żeby państwa chciały uczestniczyć w tym zielonym pochodzie. Dopiero w 2015 roku Paryż coś zmienił.

Podsumowując, świat przeszedł proces prób i błędów aż do szczytu w Paryżu, który wypracował porozumienie polityczne wymagające wysiłku od wszystkich państw. To nowe porozumienie wymagało jednak wcześniejszych doświadczeń i przyznania, że dotychczasowe instrumenty ochrony klimatu nie miały szansy być skuteczne.

Polska była wśród uczestników negocjacji w Kioto i w Paryżu, prawda?

Tak, Polska od samego początku jest zaangażowana w ten proces i do tej pory ratyfikowała wszystkie międzynarodowe umowy dotyczące ochrony klimatu. Zarówno konwencję klimatyczną z 1992 roku, jak i pierwszy i drugi okres zobowiązań protokołu z Kioto oraz porozumienie paryskie.

Czasami w Polsce mówi się o polityce klimatycznej w taki sposób, jakby narzucał nam ją ktoś z zewnątrz. Jak to wygląda z punktu widzenia weteranki międzynarodowych negocjacji klimatycznych?

Polska na takich samych prawach jak wszystkie inne państwa uczestniczy w negocjacjach tekstów, które teraz są zapisane w międzynarodowych umowach. Różnica jest tylko taka, że od chwili wejścia do Unii Europejskiej nasze stanowisko stało się częścią porozumienia państw członkowskich. Nie ma mowy, by jakiekolwiek stanowisko Unii zaprezentowano na poziomie globalnym, jeśli chociaż jedno państwo członkowskie się na to nie zgodzi. Tak więc na wszystkie zapisy, na które Unia do tej pory się zgodziła, wcześniej zgodziła się także Polska. Absolutnie nikt nam tego nie narzucił. Jesteśmy współautorami wszystkich międzynarodowych umów klimatycznych.

Jak Polska powinna podchodzić do polityki klimatycznej?

Polskie społeczeństwo i niejednokrotnie politycy nie rozumieją globalnego procesu klimatycznego. Podstawową rzeczą, której Polska do tej pory nie przepracowała jest jej miejsce w szeregu światowych emitentów. Zazwyczaj kiedy myślimy o emisjach to patrzymy na ostatnich 10, góra 20 lat. Zdarza się też, że Polska wspomina swoje redukcje, które udało się osiągnąć od 1988 roku.

Natomiast polityka klimatyczna sięga o wiele głębiej – do rewolucji przemysłowej w XIX wieku i tego, w jaki sposób państwa rozwijały się i emitowały od tego czasu aż do momentu przyjęcia konwencji klimatycznej w 1992 roku. To jest bardzo długi okres, którego w Polsce nie bierze się pod uwagę, mówiąc że to Chiny są teraz głównym emitentem gazów cieplarnianych. Są – ale nie zawsze tak było. Dotyczy to także Indii i wielu innych państw rozwijających się.

Dlatego też uważam, że nie przerobiliśmy w Polsce kwestii odpowiedzialności za to co się w tej chwili dzieje z klimatem i w tym kontekście brakuje nam także refleksji nad tym, w jaki sposób ta odpowiedzialność przekłada się na nasze obecne zobowiązania redukcyjne.

Czyli my w Polsce powinniśmy zrozumieć, że to nasza historia zobowiązuje nas do tego, żeby dziś przeciwdziałać zmianom klimatu?

Tak, choć taka świadomość oczywiście nie wystarczy. Naszym obowiązkiem jako państwa rozwiniętego jest przywództwo i branie na siebie większej odpowiedzialności, czyli większych celów. Tego właśnie wszyscy się po nas – i oczywiście po Unii Europejskiej – spodziewają.

Ale chcąc być adwokatem diabła powiedziałabym tak: na tle Europy to Polska się dopiero rozwija i nas nie można obciążać tak samo, jak reszty UE. W negocjacjach klimatycznych musimy podkreślać, że jesteśmy daleko za rozwiniętymi krajami, więc mamy prawa żądać dla siebie taryfy ulgowej i nadal emitować.

I do pewnego stopnia miałaby pani rację – między innymi dlatego w ramach konwencji klimatycznej Polska od początku była określana mianem kraju rozwiniętego, ale na specjalnych warunkach – jako gospodarka w czasie transformacji. Tylko, że od 1992 roku minęło już 28 lat, a już w 2015 roku w Paryżu państwa, które do tamtej pory były określane jako rozwijające się i nie miały żadnych zobowiązań redukcyjnych, zgodziły się przyjąć na siebie zupełnie nowe zobowiązania. To było właśnie clou porozumienia paryskiego.

Polska w momencie dołączenia do UE w 2004 roku stała wyżej w rozwoju w stosunku do reszty “rozwijającego się” świata i właśnie z tego powodu realizowała cele redukcyjne w ramach protokołu z Kioto. A przecież od tamtego czasu mocno rozwinęliśmy się gospodarczo, czego bynajmniej się nie wstydzimy. Chyba czas już przyznać, że czujemy się częścią rozwiniętego świata i że możemy wziąć na siebie więcej odpowiedzialności w polityce klimatycznej.

Jak zatem wypadamy na międzynarodowych szczytach klimatycznych (COP)? Po tym w Katowicach dużo się mówiło o polskiej polityce klimatycznej, ale raczej z niesmakiem – przypominano głównie o naszym zapatrzeniu w węgiel i mięsnych bankietach.

Polska była gospodarzem trzech szczytów klimatycznych a przewodziła czterem. Zaczynaliśmy jako Prezydencja COP5 w Bonn w 1999 roku, pierwszy szczyt organizowaliśmy w Poznaniu w 2008 roku, później był wspomniana Warszawa w 2013 roku i dopiero szczyt COP24 w Katowicach w 2018 roku. Żadne inne państwo na świecie nie zorganizowało tylu – na dodatek udanych – szczytów klimatycznych. W tym jesteśmy zdecydowanie liderem.

Warto dodać, że Polska w bardzo aktywny sposób przyczyniła się do tego, jak wygląda porozumienie paryskie. Przypomnijmy, że w 2013 roku – dwa lata przed porozumieniem – na szczycie COP19 w Warszawie ukuto koncepcję Nationally Determined Contributions, czyli krajowo ustalonych wkładów do porozumienia paryskiego. Chodzi tu o plany klimatyczne, w których państwa same określają swoje zobowiązania w ramach porozumienia i które stoją u podstawy całego nowego systemu ochrony klimatu. To z pewnością potwierdza sprawczość Polski na poziomie globalnej polityki klimatycznej.

Natomiast w obrazie Polski, który się wyłania ze szczytów dostrzegam duży rozdźwięk. Aktywnie przyłączamy się do kształtowania globalnej polityki klimatycznej organizując szczyty jako bardzo sprawny menedżer tego procesu i w tej roli wypadamy naprawdę dobrze. Do tej pory wszystkie szczyty, które odbyły się w Polsce były sukcesem, a Katowice totalnym mistrzostwem świata, biorąc pod uwagę to, co się mogło nie udać i jak dużo mimo wszystko się udało.

>>> Czytaj też: Atom, presja i pieniądze – wiemy, jakie są główne cele Polski na negocjacje klimatyczne

W czym więc tkwi problem?

Problemem jest kształtowanie wizerunku Polski jako państwa, które patrzy w przyszłość i ma plan na to, by jak najlepiej wykorzystać możliwości związane z zielonym rozwojem i ochroną klimatu. Tego niestety jeszcze nie ma.

W 2018 r. w Katowicach mieliśmy większą szansę niż inne państwa, by udowodnić, że mamy pomysły na swój rozwój w zgodzie z celami porozumienia paryskiego. Ponadto mogliśmy pokazać w jaki sposób chcemy współpracować z innymi krajami na rzecz klimatu we wszystkich możliwych sektorach. Warto wspomnieć, że w Katowicach przyjęto z inicjatywy Polski trzy międzynarodowe deklaracje o elektromobilności, sprawiedliwej transformacji i lasach.

Niestety, w obliczu nieskrępowanej promocji węgla jako narodowego skarbu trudno było je uznać za przełomowe i pozwalające rozwijać się w sposób niskoemisyjny. Wielu obserwatorów z niedowierzaniem odnosiło się do poglądów na temat paliw kopalnych prezentowanych przez polskich przedstawicieli w czasie katowickiego szczytu. W żaden sposób nie pomogło to polepszyć polskiego wizerunku.

Ale czy to nie jest stereotyp albo seria wizerunkowych wtop? Z naszej rozmowy wynikałoby, że nieoficjalnie jednak pracujemy nad transformacją.

Tak, pracujemy. Dlatego ubolewam nad tym, że w Katowicach nie udało się tego wystarczająco wiarygodnie pokazać. Zbyt dużo było akcentów węglowych i gestów, które wskazywały na ignorancję w zakresie zmian, które muszą zajść nie tylko w sektorach energetycznym i przemysłowym, ale także w innych, które muszą zredukować emisję. Bardzo obrazowym przykładem tej ignorancji było właśnie podanie prawie wyłącznie mięsnych potraw na przyjęciu otwierającym szczyt. A przecież nie od dziś wiadomo, że produkcja mięsa znacząco zwiększa emisje z rolnictwa.

We współczesnej polityce klimatycznej chodzi też o budynki i transport, odpady – w tych wszystkich sferach brakuje jednej spójnej wizji i w Katowicach Polska nie była w stanie jej zaprezentować po prostu dlatego, że jeszcze jej nie wypracowała. Z kolei na poziomie społecznym jest całkiem sporo ruchów, które zresztą zaktywizowały się właśnie przed COP24 – tyle, że w 2018 roku nie były jeszcze wystarczająco zauważalne na poziomie politycznym.

Teraz te oczekiwania społeczne, ale i okoliczności gospodarcze znacznie przybrały na sile – niedawno czytałam wywiad z Tomaszem Rogalą, prezesem Polskiej Grupy Górniczej mówiącym, że powoli godzi się ze zmianami, które dotkną sektora węglowego w związku z polityką klimatyczną. Takie podejście jeszcze w 2018 roku nie było widoczne, a szkoda.

Czyli od czasu Katowic coś jednak w Polsce drgnęło?

Zdecydowanie tak. Choć bez wątpienia nie jesteśmy liderem zmian.

Najlepszym początkiem na drodze do poprawy naszej sytuacji i wizerunku byłoby opracowanie wreszcie spójnej polityki energetycznej Polski do 2040 roku. Czekamy na nią już dobrych kilka lat. Oficjalny projekt tej strategii nie uwzględnia założeń i kierunków Europejskiego Zielonego Ładu, który znacząco wpłynie kształt gospodarki całej UE. Strategia energetyczna Polski powinna być z kolei spójna z dwoma innymi planami klimatyczno-energetycznymi, do których sformułowania jesteśmy zobligowani na poziomie UE. Pierwszy to krajowy zintegrowany plan na rzecz energii i klimatu do 2030 roku (już przedłożony przez Polskę Komisji Europejskiej, przy jednoczesnej zapowiedzi, że raczej zostanie zrewidowany), a drugi to krajowa strategia długoterminowa do 2050 roku.

Te trzy dokumenty – jeden na poziomie krajowym, a dwa na poziomie unijnym – są punktem wyjścia dla dalszych decyzji o kierunkach rozwoju gospodarczego Polski na następne 10, 20 i 30 lat. Są one niezbędne, aby bezpiecznie i odpowiedzialnie inwestować oraz zaplanować transformację – także tę, o której myślimy w kontekście miejsc pracy w sektorze górniczym.

Sądząc po ruchach takich jak masowe inwestycje w fotowoltaikę, czy planowane wsparcie dla budowy farm wiatrowych na morzu, a także proklimatycznej aktywności młodzieży, należy uznać, że zmiany w Polsce nie następują – póki co – wystarczająco szybko. Czekamy chyba na przełom – moment, gdy w rządzie znajdą się dwie lub trzy wpływowe osoby, które będą miały odwagę powiedzieć, że na to, żeby się rozwijać i zapewnić bezpieczeństwo energetyczne są inne sposoby niż trwanie przy węglu.

Czy obecny rząd mocno różni się w podejściu do negocjacji klimatycznych od poprzedników? Obserwowała pani od środka negocjacje pod przewodnictwem różnych polskich rządów – jak one się od siebie różniły?

Polska jako gospodarz szczytów prowadzący globalne negocjacje zawsze bardzo mocno się starała – bez względu na to, który rząd był u władzy. Za każdym razem byłam świadkiem tego, że prezydenci COP i ich zespoły byli w pełni zaangażowani w to, żeby osiągnąć porozumienie na poziomie globalnym. Dlatego dla ekspertów i polityków od lat uczestniczących w globalnych negocjacjach klimatycznych jasne jest, że Polska stała za postępem, który doprowadził do stworzenia obecnego, międzynarodowego systemu ochrony klimatu.

Jeśli chodzi o całokształt klimatycznego wizerunku Polski, to niestety nie widzę większych rozbieżności w podejściu obu rządów do paliw kopalnych. Chyba niewiele osób pamięta, że w czasie warszawskiego szczytu klimatycznego w 2013 roku w ówczesnym Ministerstwie Gospodarki odbywał się międzynarodowy szczyt węgla i klimatu. Nijak nie dało się tego wtedy obronić, tak samo jak w Katowicach w 2018 roku.

Wiemy, że nawet obecnie ustalone cele redukcji emisji sprawią, że emisje światowe i tak  podniosą temperaturę znacząco powyżej dwóch stopni Celsjusza.  Czy my mamy szansę jeszcze w ogóle coś zdziałać, by ten proces skutecznie spowolnić?

Zmian klimatu całkowicie nie powstrzymamy. Możemy je jeszcze złagodzić, jeszcze jest szansa zatrzymać wzrost temperatury na 2 stopniach, przy ogromnym wysiłku być może na 1,5 stopnia. Należy jednak pamiętać, że nawet w przypadku ocieplenia o 1,5 stopnia będziemy odczuwać negatywne skutki zmian klimatu i że już teraz trzeba się do nich przygotować i przystosować. Będą to między innymi coraz gwałtowniejsze zjawiska atmosferyczne, powodzie, ale i niedobory wody. Stąd tak ważna jest adaptacja do zmian klimatu, która na politycznej agendzie niestety nie stoi najwyżej. Natomiast z miejsc, w których nie będzie się już dało adoptować zaczną się masowe migracje, także w kierunku UE, powodując konflikty na coraz większych obszarach naszego globu.

Proces globalnych negocjacji klimatycznych trwa, bo nauka mówi nam, że jeszcze możemy opóźnić proces zmiany klimatu i w większości się do nich dostosować. Tylko, że mobilizacja do działań musi być o wiele większa niż teraz. Szczęście w nieszczęściu, że społeczeństwa, także w Polsce, zaczynają to dostrzegać, a rządy i biznes powoli brać pod uwagę.

Druga możliwa opcja to robić nic albo niewiele więcej i uznać, że nasze dzieci po prostu będą musiały sobie radzić. Ja sobie nie wyobrażam takiego scenariusza.

Wywiad powstał w ramach Tygodnika Klimatycznego 300KLIMAT. Na nasz nowy cotygodniowy newsletter, któremu partneruje IMPACT, możesz zapisać się tutaj.

Czytaj też:

>>> To rolnikom powinno najbardziej zależeć na ochronie klimatu, bo najmocniej odczują zmiany – wywiad z dr Zbigniewem Karaczunem

>>> Raport: Polska musi odejść od węgla do 2030 roku wg wszystkich liczących się scenariuszy