Wiadomość o ogłoszeniu przez PKN Orlen wezwania na 100 proc. akcji spółki Energa mogła być dla niektórych zaskakująca. Dlaczego spółka paliwowa miałaby przejmować spółkę elektroenergetyczną? – na to pytanie odpowiada ekspert 300Research Michał Dorociak. 

Choć decyzja może być zaskakująca w świetle faktu, że jeszcze nie zakończyła się proces przejęcia Lotosu, a największa spółka w Europie Środkowo-Wschodniej już planuje kolejną dużą akwizycję, z perspektywy biznesowej nie musi być to zupełnie nieracjonalna decyzja.

Biorąc pod uwagę zmiany zachodzące dzisiaj na rynku energii, podyktowane z jednej strony zaostrzającą się polityką klimatyczną, z drugiej zaś dynamicznie spadającymi cenami produkcji z OZE, coraz więcej koncernów naftowych na świecie dywersyfikuje swoją działalność i przeistacza się w zintegrowane przedsiębiorstwa energetyczne, które łączą inwestycje w ropę i gaz z coraz większym zaangażowaniem w produkcję energii elektrycznej. Pisałem o tym obszernie w raporcie 300RESEARCH „Jak zazieleniają się globalne spółki naftowe?”.

O ile więc paradoksalnie to właśnie na pierwszy rzut oka decyzja o takiej inwestycji nie powinna być niczym zaskakującym, pytania zaczynają się mnożyć, kiedy spojrzy się na profil Energi.

Po pierwsze, już dzisiaj Orlen produkuje więcej energii elektrycznej niż Energa. W swoich elektrociepłowniach gazowych spółka z Płocka wytwarza 8 TWh prądu rocznie, podczas gdy Energa zaledwie 3,6 TWh. Trudno więc powiedzieć, żeby to przejęcie było istotnym krokiem ku zwiększeniu zaangażowania spółki w sektor energii elektrycznej.

Po drugie, co jest powiązane z powyższym punktem, ok. 4/5 zysku Energi pochodzi z segmentu dystrybucji. Z jednej strony jest to dzisiaj dla polskich spółek elektroenergetycznych – obciążonych dużymi mocami węglowymi dla których perspektywy na przyszłość są co najmniej „czarne” – najbezpieczniejsza część działalności, gwarantująca stały, niezagrożony dochód.

Z drugiej jednak strony, regulowany charakter działalności dystrybucyjnej jest czymś, co większość spółek naftowych – nieprzyzwyczajonych do funkcjonowania w takim mocno kontrolowanym przez władze publiczne otoczeniu – odstrasza.

Podejmując decyzje o inwestycje w sektor energii elektrycznej, skupiają się one głównie na segmencie produkcji (głównie z OZE) oraz na dopiero rozwijających się segmentach, np. magazynowanie energii elektrycznej czy ładowania pojazdów elektrycznych.

Przejęcie segmentu dystrybucji na Pomorzu można by teoretycznie jakoś wiązać z planami Orlenu inwestycji w morskie farmy wiatrowe – jednakże ze względu na zasadę TPA (ang. Third Party Access), kwestie właścicielskie przy przyłączaniu do sieci nie powinny mieć żadnego znaczenia.

Po trzecie, pomimo różnych plotek, Energa wciąż nie wycofała się z inwestycji w węglowy blok C w Ostrołęce. Jak już wielokrotnie było pokazywane, ta elektrownia nie ma szans w przyszłości na siebie zarabiać, a nawet się spłacić, więc przejęcie takiej inwestycji nie wydaje się być zbyt racjonalną decyzją. Chyba że miałby to być sposób na wycofanie się „z twarzą” przez Skarb Państwa z tej inwestycji – to nowy właściciel podejmie taką decyzję.

Jednakże jeśli prześledzi się wypowiedzi obecnego prezesa Orlenu z czasów, gdy kierował gdańską spółkę, to trudno dopatrywać się w nich wątpliwości co do projektu Ostrołęki C. Być może jednak w trakcie ostatnich 2 lat jego zdanie na ten temat się zmieniło.

Czas pokaże, jakie będą dalsze losy obydwu spółek, jednak biorąc pod uwagę obecną wycenę Energii (niecałe 3 mld zł), dla Orlenu nie będzie to raczej duży wydatek.

>>> Czytaj też: Połączenie Orlenu z Lotosem coraz bliżej. Co to oznacza dla obu firm i polskiej gospodarki?