Strona główna TYLKO W 300GOSPODARCE Ambasador RP w Ukrainie: Bez naszych firm odbudowa Ukrainy się nie odbędzie [WYWIAD]

Ambasador RP w Ukrainie: Bez naszych firm odbudowa Ukrainy się nie odbędzie [WYWIAD]

przez Katarzyna Mokrzycka
Bartosz Cichocki, Ambasador RP w Ukrainie. (Fot. Ambasada RP)

Czekanie na koniec wojny nie jest najlepszą strategią. Kto pierwszy będzie na tym rynku, ten najwięcej zyska. Trzeba też wykorzystać to, że wiele firm ukraińskich działa w Polsce, nawiązywać kontakty i współpracę. Po wojnie ci partnerzy z Ukrainy mogą być naszymi przewodnikami w działalności na Ukrainie – mówi Bartosz Cichocki, Ambasador RP w Ukrainie.

Katarzyna Mokrzycka, 300Gospodarka: Panie Ambasadorze, rozmawiamy w Pana gabinecie w Kijowie. Nie ma dnia bez alarmu, przy oknie wciąż leżą worki z piaskiem. Jak się żyje w Kijowie? Czy to wojna wyznacza rytm pracy, także w stolicy?

Ambasador Bartosz Cichocki: Kijów jest nietypowy, tu szybko wróciło biznesowe życie. Ale wciąż są alarmy, maj był bardzo intensywny, niemal każdej nocy był ostrzał, więc to oczywiście wpływa na pracę. Ludzie są niewyspani, nocami budzą ich syreny, muszą kryć się w schronach. Kilka razy alarmy ogłaszano także w środku dnia, co dezorganizuje zwykłe sprawy.

Miałam okazję przekonać się, jak to jest.

To jest oczywiście nieporównywalne do funkcjonowania Charkowa czy Chersonia, szczególnie po wysadzeniu tamy, ale oczywiście nikt odpowiedzialny nie powie, że w Kijowie żyje się spokojnie. Naloty sięgają czasem dalej – do Czerniowców, Tarnopola czy Lwowa i trzeba to brać pod uwagę, rygorystycznie przestrzegać zasad bezpieczeństwa, podążać za instrukcjami władz – tym mocniej, im bliżej jest się frontu, mając na uwadze, że są check-pointy, kontrole i że to nie jest pokojowa rzeczywistość.

W Polsce tworzą się listy firm chętnych do udziału w odbudowie Ukrainy. W samej tylko PAIH jest ich ponad 2 tysiące. Czy Ukraina jest miejscem na tyle bezpiecznym, żeby przyjeżdżać tu i próbować robić interesy już teraz, czy lepiej zaczekać do końca wojny? Zwłaszcza jeśli nie ma się wcześniejszych doświadczeń biznesowych w tym kraju. Czekać czy nie czekać?

Nie ma jednej, generalnej odpowiedzi. W tych warunkach każdy przypadek musi być rozpatrywany indywidualnie, w zależności na przykład od obszaru działalności.

Moim zdaniem, czekanie na koniec wojny nie jest najlepszą strategią. Nie wiadomo, kiedy wojna się skończy. Działania o intensywnym charakterze mogą się zakończyć w ciągu roku, ale bardzo długo może jeszcze dochodzić do różnych aktów terrorystycznych, sabotażu i tak dalej. Nie twierdzę, że to jest łatwa sytuacja, ale kto pierwszy będzie na tym rynku, ten najwięcej zyska.

Są różne formy zaangażowania na Ukrainie. Dziś warto i należy nawiązywać współpracę produkcyjną i handlową z firmami ukraińskimi, które relokowały się do Polski. Trzeba wykorzystać to, że wiele firm ukraińskich działa w Polsce albo na terytorium zachodnich obwodów Ukrainy, np. Zakarpacia, gdzie jest spokojnie. Nawet nie jeżdżąc na Ukrainę, mamy w zasadzie całą Ukrainę u siebie. Relokują się do nas producenci z sektora obronnego, firmy transportowe z przeróżnych części Ukrainy, przetwórcy drewna. Otrzymujemy coraz więcej sygnałów o zainteresowaniu ukraińskich firm z sektora bankowego, z branży reklamy i innych wejściem na polski rynek.

To jest niespotykana szansa dla naszych firm, by nawiązywać kontakty i współpracę. Po wojnie ci partnerzy z Ukrainy mogą być i powinni być naszymi przewodnikami w działalności na Ukrainie.

To jest też dobry okres na poszukiwanie ukraińskich specjalistów i szkolenie ich w Polsce, na przykład na sprzęcie, który w jakiejś perspektywie ma być sprzedawany na Ukrainę lub wykorzystywany tutaj w dużych w inwestycjach.

Nie każdy Ukrainiec w sile wieku ma prawo wyjechania z Ukrainy. Czy to nie jest bariera?

Jest, ale, po pierwsze, są sposoby na wyłączanie mężczyzn z tego zakazu, jeśli pracują w obszarach, które są żywotnie potrzebne państwu ukraińskiemu w czasie wojny. Po drugie, można we współpracę włączyć kobiety. No a poza wszystkim jest dziś wiele instrumentów, które dają możliwość pracy na odległość.

Mogę sobie wyobrazić, że różne ograniczenia będą pomału luzowane, ale to oczywiście w zależności od rozwoju sytuacji na froncie.

Lokalna specyfika biznesowa rzeczywiście jest taka wyjątkowa?

Rynek ukraiński nigdy nie był łatwy, dlatego liczba polskich inwestycji na Ukrainie w zasadzie była symboliczna. Klimat inwestycyjny nie był sprzyjający nawet przed wojną, a wojna jeszcze pogorszyła te warunki. Trzeba więc być ostrożnym, trzeba sobie wszystko bardzo dobrze przemyśleć.

Ukraina jest bardzo różnorodna. Gdzieś jest przewaga ciężkiego przemysłu, gdzieś rolnictwa, a gdzie indziej usług. Biznes ma swoje lokalne tradycje i środowiska. Jest środowisko biznesu dnieprowskiego, charkowskiego, odeskiego itp., które mają swoją specyfikę i bardzo silną pozycję w jednym regionie, a w innych mogą nawet nie być znani.

I dlatego namawiam do współpracy z doświadczonymi firmami ukraińskimi oraz lokalnymi stowarzyszeniami biznesowymi, bo lepiej działać wspólnie. Jest się dzięki temu silniejszym w dialogu z władzami ukraińskimi, zarówno szczebla centralnego, jak i samorządowego.

Dla firm, które nie mają doświadczenia w pracy na rynkach rozwijających się, wiele sytuacji może zaskakiwać, a wiem, że wiele firm polskich, które teraz rynkiem ukraińskim się interesują, nie miało wcześniej żadnego doświadczenia z Ukrainą. I te firmy szczególnie bym namawiał do wykorzystywania każdej okazji do spotkania się z ludźmi, którzy tu produkują czy handlują od 20 albo 30 lat. Mają tu zakłady produkcyjne, stawiają hale, budują, świadczą usługi.

Wczoraj byłam na spotkaniu po drugiej stronie Dniepru, na budynku agencji ubezpieczeniowej widziałam logo PZU. Firmy polskie nie zawiesiły tu działalności?

Od wielu lat działa nieprzerwanie fabryka firmy Bella, Cersanit, Barlinek. Ukraińska spółka PZU działa jak wcześniej, podobnie Kredobank, czyli bank z grupy PKO BP. To jest duży przywilej polskich firm, że mogą tu korzystać z polskich instrumentów finansowych.

Jadąc do Kijowa mija się miejscowości, które mocno naznaczyła rosyjska agresja – Borodiankę, Irpień, Buczę. Wszędzie nad tymi miejscowościami górują budowlane żurawie. Obok zniszczonych budynków powstają nowe. Wielki plac budowy, na którym lokalne firmy wydają się sobie świetnie radzić. Czy jest tu jeszcze miejsce dla polskich firm?

Wszystko zależy od umiejętności, doświadczenia i elastyczności.

Ale czy rynek budowlany nie jest już zapchany? Niedawno przeczytałam wypowiedź eksperta USAID, który uważa, że potrzeby budowlane – i w rozumieniu firm, i materiałów – Ukraina jest w stanie dostarczyć sobie sama.

Nie, nie jest zapchany. Nie ma jednego algorytmu dla całej Ukrainy, błędem byłoby skupienie się tylko na jednym typie wielkich projektów. Od lat w sektorze budowlanym w Charkowie i we Lwowie działa np. Unibep. Ale jest też ogromna przestrzeń dla podwykonawców w dużych projektach, dla firm, które się zajmują konstrukcją nośną, elewacjami, wykończeniem, umeblowaniem, wyposażeniem mieszkań i biur. Nieprzypadkowo bardzo mocną pozycję nad Dnieprem zdobyły takie firmy, jak Nowy Styl, Barlinek, Cersanit, Koło, ale też firmy, które działają w „otulinie” dużych projektów drogowych czy mostowych – zabezpieczają przed korozją, stawiają ekrany akustyczne, znaki drogowe.

Bucza czy Irpień to miejscowości, które można porównać do Otwocka czy Konstancina pod Warszawą. Od kilku lat przeżywają boom budowlany związany z tym, że Kijów jest już ciasny i drogi. Wiele młodych osób zaczęło inwestować w okolicy, kupować mieszkania czy otwierać swoją działalność gospodarczą pod Kijowem.

Zupełnie inna sytuacja będzie w obwodzie czernichowskim czy chersońskim, gdzie sytuacja gospodarcza, społeczna i przed wojną była trudna. To były mocno niedoinwestowane regiony, które będą potrzebować inwestycji.

Przestrzeń do działalności na Ukrainie jest ogromna i z całą stanowczością powiem, że bez naszych firm, bez naszego produktu, odbudowa Ukrainy się nie odbędzie. Jesteśmy państwem sąsiadującymi, państwem, które samo przeszło niedawno ogromną rewolucję jakościową, technologiczną we wszystkich działach gospodarki. Mamy w ofercie nowoczesne technologie, nowoczesne rozwiązania w administracji, cyfryzacji i innych dziedzinach w przystępnej cenie. I jesteśmy obok.

Zasadniczym zadaniem z punktu widzenia państwa polskiego jest natomiast stworzenie mechanizmu minimalizacji ryzyka w tych spółkach, które na Ukrainie chcą inwestować, czyli stworzenie mechanizmu kredytowo-ubezpieczeniowego.

Sąsiedztwo i podobieństwo kulturowe wystarczy nam w konkurencji z firmami niemieckimi, francuskimi, amerykańskimi, brytyjskimi, a pewnie nawet kanadyjskimi? Bo rynek rządzi się swoimi prawami i po wojnie po prostu może wygrać duży kapitał, którym polskie firmy akurat nie dysponują.

Nie ma powodu z góry zakładać, że przegramy. Powtórzę raz jeszcze: bez nas nie da się odbudować Ukrainy. Oczywiście nie mamy monopolu. Podejście, że nam się należy, może nie być wystarczające. W ostatecznym rozrachunku wygra oferta lepsza. Nawet jednak jeśli duże międzynarodowe korporacje będą wygrywały główne przetargi, to bez polskich specjalistów i bez polskich podwykonawców one sobie nie poradzą. Już dzisiaj w projektach robionych przez Niemców czy Brytyjczyków na Ukrainie widzimy polskich managerów.

Wokół Polski, wokół Polaków, wokół polskiego biznesu panuje bardzo pozytywna atmosfera. I z przyczyn moralnych, ale też dlatego, że i biznes, i ukraińska elita polityczna przez te ostatnie półtora roku dobrze Polskę poznała.

To oczywiste, że w warunkach wojny, przy ogromnej skali inwestycji, będą też miały miejsce historie negatywne – korupcji, nadużycia zaufania, kryzysów, jak ten zbożowy, ale nie wolno zbyt szybko ulegać rozczarowaniu i rezygnować, kiedy nie udaje się pojedyncza inwestycja, pojedynczy projekt.


Chcesz być na bieżąco? Subskrybuj 300Sekund, nasz codzienny newsletter!


Czy po stronie ukraińskiej wciąż obowiązuje podział na strefy inwestycyjne z Lugano, gdzie każdy partnerski kraj „dostał” jakiś region do powojennej odbudowy?

Dania, będąca krajem morskim, faktycznie przyjęła taki model odbudowy Mikołajowa, portowego regionu na południu i tam z powodzeniem działają. Skupili się na tym, na czym się znają – mają doświadczenie w inwestycjach portowych, w obsłudze handlu morskiego itd. Estończycy z kolei odbudowują przedszkola w obwodzie żytomierskim, tak jak się początkowo umówili.

Dla nas ta sytuacja jest nie do końca adekwatna i nie wydaje mi się, żeby strona ukraińska próbowała nas ograniczyć do działania tylko w Charkowie. Raz, że mamy już polskie firmy w różnych miejscach Ukrainy i przecież nie polecimy im się przenosić, dwa – że bardzo wiele podmiotów chce na Ukrainie inwestować i ich zaangażowanie będzie bardziej niż od odgórnego podziału administracyjnego zależało na przykład od relacji, jakie wiele z nich dotąd zbudowało, niosąc pomoc humanitarną.

Wspólnie z polskimi przedsiębiorcami budowaliśmy miasteczka modułowe dla uchodźców tam, gdzie było to możliwe i gdzie było to potrzebne. Znam osobiście przedsiębiorców, którzy kupowali i przywozili samochody, jedzenie, lekarstwa w najprzeróżniejsze miejsca Ukrainy. Nawiązali kontakty z władzami regionalnymi, z lokalnym biznesem, zbudowali zaufanie, pozytywny wizerunek. Uważam, że to będzie procentowało i z tego w przyszłości wyniknie wiele wspólnych inwestycji.

Jak podaje Ukrainian Institute of the Future, populacja Ukrainy zmniejszyła się do 29 mln osób, pracuje zaś zaledwie 9,5 mln osób. Na ile ograniczony kapitał ludzki może być problemem przy odbudowie Ukrainy? Czy firma, która przywiezie swoich ludzi – na przykład namawiając do powrotu Ukraińców z Polski i pracy przy realizowanej inwestycji, może dzięki temu zyskiwać dodatkowe punkty w wygrywaniu przetargów?

Problem rąk do pracy dawał się we znaki już przed napaścią Rosji na Ukrainę i teraz tylko rośnie. Nawet te firmy, które już tu od dawna są i chcą rozwijać swoją obecność, narzekają, że pracowników nie ma – wyjechali do Polski, Czech, do Niemiec albo walczą na froncie. Podnoszenie płac przynosi tylko ograniczone efekty. Z pewnością wszędzie tam, gdzie jest to możliwe trzeba się zastanowić nad automatyzacją pracy.

Dopóki komfort życia, poczucie bezpieczeństwa społecznego tutaj nie wzrośnie, to będzie problem z siłą roboczą. Akcje relokacji, powrotów pracowników ukraińskich z Polski brzmią ciekawie, ale trzeba w to włożyć poważny wysiłek. Ich powroty będą zależały od tego, czy będą mieli dokąd wrócić – nie tylko w sensie odbudowanego domu, ale też czy znajdą taką pracę, która pozwoli utrzymać rodzinę i się rozwijać. Jestem pewien jednego – czasy pół darmowej siły roboczej na Ukrainie się skończyły.

Czy Ukraina jest otwarta na migrantów z innych części świata, z Azji na przykład?

Jest. Do wybuchu wojny studiowało na Ukrainie po kilka, kilkanaście tysięcy studentów z Turcji, Chin, państw Azji Centralnej czy Północnej Afryki. Przyjeżdżają studiować, ale duża część z nich zostaje, pracuje. Ukraina to dla nich przedsionek Europy. Natomiast w warunkach wojennych oczywiście atrakcyjność tutejszego rynku pracy spada dla cudzoziemców, tak jak i dla Ukraińców.

Żeby to zmienić, będzie potrzebne wsparcie państwa ukraińskiego – ulgi podatkowe, zachęty, wsparcie rodzin, wsparcie biznesu. Trzeba zmniejszyć skłonność tutejszego środowiska do nagłych zmian prawnych, w tym podatkowych, kredytowych itd.

Na razie rząd Ukrainy chce przywrócić opodatkowanie firm na poziomie sprzed wojny, czyli wszystkie te ulgi, które były dane firmom na czas wojny, mają zostać cofnięte, przywrócone będą kontrole skarbówki itd. Budżet Ukrainy potrzebuje zasilenia, co jest zrozumiałe, natomiast biznes się bardzo na to skarży.

Budżet Ukrainy dzisiaj działa na kroplówce, jest zasilany z zewnątrz przez zagraniczną pomoc finansową. Jest jasne dla obu stron tego układu, że to nie może trwać wiecznie, więc państwo ukraińskie musi odbudowywać bazę podatkową. Powinno to jednak robić tak, żeby biznesu nie zadusić. Staramy się, żeby i nasze delegacje przedsiębiorców miały praktyczny wkład w chociaż część decyzji strony ukraińskiej. Bo to jest ten czas, kiedy kontynuując rozmowy o wsparciu wysiłku obronnego i humanitarnego, trzeba coraz więcej czasu poświęcać elementom gospodarczym.

Jak się przygotować do etapu, który z całą pewnością nadejdzie, gdy już w drodze do Unii Europejskiej Ukraina stanie się naszym konkurentem? Namiastkę takich konfliktowych sytuacji już mieliśmy w sprawie zboża z Ukrainy czy nabiału z Polski. Jak to rozgrywać, żeby nie zepsuć tych świetnych relacji, które dzisiaj mamy?

To jest pytanie za milion dolarów. I ja nie będę udawał, że jestem w stanie udzielić gotowej recepty.

Może na początek trzeba zidentyfikować te obszary i o nich rozmawiać, zamiast udawać, że problemu nie ma?

Nikt nie udaje, że problemu nie ma, my o tym rozmawiamy. Takie rozmowy były tez prowadzone wcześniej w sprawie zboża. Nie przyniosły rezultatu w wyniku niemożliwości porozumienia się na poziomie operacyjnym, natomiast politycznie wszystko wskazywało na to, że tego kryzysu nie powinno być.

Zwracam uwagę, że zderzanie się z konkurencją po kolejnym rozszerzeniu Unii to nie jest dla nas nowa sytuacja, a i wewnątrz Unii Europejskiej nie jesteśmy wolni od protekcjonizmu i od bardzo twardej gry konkurentów z silną interwencją państw. Najprostszy przykład: Francja skasowała jedną z wolności, które miały być fundamentem Unii Europejskiej, czyli wolność przepływu usług. Nasze firmy, przede wszystkim transportowe, zostały wypchnięte z tego rynku.

Wbrew pozorom akurat w rolnictwie Polska i Ukraina nie są we wszystkim skazane na konkurencję. Wszystko zależy od przyjętych strategii i to właśnie staram się tłumaczyć kolegom ukraińskim. Na przykład opieranie się w rolnictwie na eksporcie surowca na dłuższą metę jest, delikatnie mówiąc, niewystarczające. Moim zdaniem rolnictwo ukraińskie musi wkroczyć w fazę przetwarzania i eksportu przetworzonych produktów. I to polskie firmy przetwórcze działające w przemyśle rolno-spożywczym mają dla Ukraińców bardzo ciekawą ofertę.

Nie ma też powodu, żeby polscy i ukraińscy przedsiębiorcy nie działali wspólnie na rynkach trzecich. Niezbędne jest jednak do tego stworzenie mechanizmów, o których wcześniej rozmawialiśmy – kredytowych, ubezpieczeniowych, podatkowych itp. Konieczne są też inwestycje w infrastrukturę transportową: w połączenia kolejowe, drogi, przejścia graniczne.

Strona ukraińska zasadnie narzeka na niedorozwój infrastruktury granicznej na Zachód, ale prawda jest taka, że przez 30 lat Ukraina była skupiona na eksporcie na rynki wschodnie – do Rosji czy Azji – oraz Afryki: trasami lądowymi lub przez Morze Czarne. Wieloletnich zaległości inwestycyjnych nie da się zmienić w rok czy dwa, to Ukraina musi podjąć decyzję o jakościowej zmianie na granicy lądowej z Polską.

Pojawiają się informacje, że Ukraina rozbudowuje różne odcinki połączeń kolejowych więc chyba jakieś działania zostały podjęte?

Mam wrażenie, że potencjalni inwestorzy wciąż stoją na rozdrożu, licząc na to, że za rok, dwa, trzy Ukraina powróci do eksportu przez Morze Czarne. Im dłużej zaś zwleka się z decyzją, tym bardziej oddala się moment sprawnego działania gospodarki w dużej części opartej na eksporcie.

Sporo się dziś dzieje na przykład na Dunaju, który kiedyś był ważnym korytarzem eksportowym z Ukrainy, ale potem, w latach 90. stracił na znaczeniu. Teraz wymaga pogłębiania, rozbudowy lądowej infrastruktury. Pojawiło się też kilka nowych przejść granicznych, także na odcinku polsko-ukraińskim. Niektóre zmieniły swój charakter – te, które były osobowe, teraz stają się towarowe, bo potrzeby przewozowe są ogromne, gdy nie pracują porty morskie.

Nawet jednak przy maksymalnej elastyczności KAS i Straży Granicznej po polskiej stronie pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Jeśli granica biegnie przez wiele kilometrów wzdłuż rzeki Bug, a przez tę rzekę przerzucone są wąskie jednopasmowe mosty, to żeby się cuda stały na przejściach granicznych, cały ten potok utknie na mostach.

A przecież przy odbudowie Ukrainy to przez Polskę i przez te wąskie mosty będzie prowadzona większość towarowego ruchu kołowego z całej Europy. Trzeba zastanowić się, jak to wykorzystać. To inwestycje, które we współpracy z krajami graniczącymi z Ukrainą mogłyby udźwignąć instytucje międzynarodowe.

A może Ukraina czeka z decyzją właśnie na te zachodnie pieniądze?

Ukraina nie czeka – zespół wicepremiera Ołeksandra Kubrakowa intensywnie pracuje na wielu przejściach. Niedawno wprowadzona „cyfrowa kolejka” dla tirów w zasadzie rozwiązała problem oczekiwania ładunków po stronie ukraińskiej. To są ważne działania i osiągnięcia, ale doraźne. Potrzebne jest zasadnicze przemyślenie strategii.

Trudno im się dziwić, że nie chcą pochopnie rezygnować z transportu morskiego, który dla masowych ładunków jest znacznie bardziej wydajny.

Strona ukraińska z pewnością jest świadoma nie od dziś, że jej bezpieczeństwo, także gospodarcze, zależy od poziomu dywersyfikacji – w tym kierunków handlowo-transportowych. Już w 2015 roku Polska i Ukraina podpisały umowę o kredycie wiązanym na modernizację przejść granicznych. Zbyt długo jednak ta skromna kwota 100 mln euro tkwiła na kontach bankowych.

Na ukraińskich przejściach do niedawna działo się bardzo niewiele, a w skrajnych przypadkach obserwujemy regres. W  2018 został podpisany kontrakt z Unibepem na przebudowę w Szeginie. Po pięciu latach zamiast nowoczesnego przejścia, doszło do zerwania kontraktu z polska firmą przez Urząd Celny Ukrainy – z pogwałceniem zapisów tego dokumentu.

Czyli nie będzie rozbudowy tego przejścia?

Jestem pewien, że będzie. Nie bądźmy tacy pochopni. Kiedy – nie wiem.

Czy gdyby główną rolę w tej inwestycji grała firma nie polska, ale niemiecka albo amerykańska byłoby jej łatwiej czy trudniej?

Muszę z przykrością stwierdzić, sądząc po działaniach ukraińskiej Służby Celnej, że tu nie chodzi o narodowość firmy. Niestety sytuacje patologiczne nadal mają na Ukrainie miejsce, mimo wielu bardzo pozytywnych zmian, co trzeba podkreślić z uznaniem. Wiele procedur uległo skróceniu, na różnych szczeblach jesteśmy w stanie znacznie szybciej wyjaśniać problemowe kwestie.

Państwo polskie jest świadome tego, że trzeba wspierać na wszelkie możliwe sposoby modernizację i transformację Ukrainy. Popieramy rozszerzenie Unii Europejskiej, bo jesteśmy świadomi, że to zachęci Ukrainę do wzmocnienia instytucji państwa, do zwiększenia poziomu przewidywalności prawa, poziomu kompatybilności standardów. I trzeba przyznać, że Ukraińcy z zainteresowaniem przyglądają się i przejmują niektóre nasze modele, np. samorządowe.

Niestety, czasem zdarza się, że z jednej strony zachodni partnerzy mówią Ukrainie o wartościach europejskich, równych zasadach konkurencji, a kiedy przychodzi co do czego, to tak naprawdę forsują swój biznes, nawet jeśli on nie spełnia lokalnych wymagań, np. nie ma certyfikatów na określoną technologię na Ukrainę, albo proponują mniej korzystną cenę niż polski podmiot. Trzeba się z tym mierzyć i nie bać się działać. Rezygnacja ze startu w wyścigu, zanim on się rozpocznie, nie przyniesie nic dobrego.

Na temat odbudowy Ukrainy polecamy także:

Powiązane artykuły

1 Komentarz
Inline Feedbacks
Wyświetl wszystkie komentarze
Katarzyna
11 miesięcy temu

Ukraina jeszcze nie wygrała. Nie wiadomo kiedy ta wojna się skończy i w jaki sposób. To śmieszne mówić już o odbudowie Ukrainy. Chciałbym aby się skończyła pomyślnie dla Ukrainy. Póki co końca nie widać.