Brytyjsko-szwedzki koncern farmaceutyczny AstraZeneca podał wczoraj, że zainwestuje w swoją działalność badawczą w Polsce 1,5 mld zł, a polskie centrum B&R stanie się jednym z najważniejszych na całym świecie. 300Gospodarka w wywiadzie z prezesem AstraZeneca w Polsce Jarosławem Oleszczukiem pyta o szczegóły przedsięwzięcia oraz o perspektywy polskiego rynku badań farmaceutycznych.

300Gospodarka: Centrum badawczo-rozwojowe AstraZeneca powstało w Polsce w 2011 roku. Czym się dziś wyróżnia polskie laboratorium na tle pozostałych, które działają dla koncernu?

Jarosław Oleszczuk, prezes AstraZeneca Pharma Poland: W 2017 roku, czyli 6 lat po uruchomieniu centrum badań klinicznych w Polsce, koncern podjął decyzję o reorganizacji działalności B&R na całym świecie. Polska nie tylko jest dziś jednym z zaledwie sześciu krajów, w których działają centra badawcze, ale jednym z tych, gdzie innowacyjna działalność będzie rozszerzana. W ciągu najbliższych pięciu lat w badania i rozwój AstraZeneca zainwestuje w Polsce 1,5 mld zł.

Placówka w Polsce jest w ścisłej trójce najważniejszych centrów badawczo-rozwojowych naszej firmy na świecie. W B&R zatrudniamy ponad 1000 osób. Przez polski ośrodek przechodzi dziś około 50 proc. wszystkich projektów badawczych grupy, a w ciągu najbliższych kilku lat będzie to nawet 65 proc.

To przede wszystkim w polskim centrum B&R został przeprowadzony proces rozwojowy jednego z najnowocześniejszych na świecie leków na astmę ciężką. To bezprecedensowy sukces polskiej biotechnologii, pokazujący potencjał warszawskiego centrum B&R.

Zależy nam dziś na budowie zupełnie nowej sekcji – chcemy się rozwijać w stronę poszukiwania nowych cząsteczek lekowych, jest to bardzo ważny element naszej strategii; podpisaliśmy niedawno w tej sprawie partnerstwo z Uniwersytetem Warszawskim.

Rozwijamy także zespół medycyny personalizowanej, tzw. precision medicine, który zajmuje się opracowywaniem terapii celowanych skierowanych do określonych, wąskich grup pacjentów. Idea terapii celowanych polega na wyszukiwaniu genów, opracowywaniu testów diagnostycznych oraz molekuł, które działają w szczególnych sytuacjach mutacji genetycznych występujących u konkretnych pacjentów.

To obecnie najbardziej zaawansowany element branży farmaceutycznej na świecie. Na palcach da się policzyć kraje, które mają dostęp do tak zaawansowanej wiedzy: USA, Szwajcaria, Japonia, Wielka Brytania, Chiny, Dania i Belgia oraz Polska.

Ale to działalność wyłącznie na własny użytek waszego koncernu, z laboratoriów nie korzystają przecież inni gracze rynku, więc czy można tu mówić o jakich korzyściach dla polskiego rynku, a nie tylko dla jednej firmy?

Uważamy, że inwestycje AstraZeneca w B&R w Polsce będą miały pozytywny wpływ na kreowanie lokalnego ekosystemu innowacji w polskiej branży biotechnologicznej i tym samym wzmocnią potencjał polskiej gospodarki przyszłości – opartej na wiedzy, o znacznej wartości dodanej.

Po pierwsze, polscy specjaliści mają dzięki naszej inwestycji dostęp do najwyższego poziomu know-how w tej branży; mogą pracować we własnym kraju. Mamy u nas polskich naukowców, którzy kształcili się i pracowali w najlepszych zagranicznych ośrodkach akademickich i zdecydowali się na powrót do Polski i pracę z nami. Transfer wiedzy, gdy zmienią miejsce pracy, będzie zaś naturalnym kolejnym etapem. Wiedza zdobyta dzięki współpracy z naszą firmą wspiera rozwój całego systemu w Polsce.

Po drugie – AstraZeneca stawia na partnerstwa i współpracę z polskimi uczelniami czy start-upami oraz innymi kontrahentami. Tak duża inwestycja, tworzenie i utrzymywanie wysokopłatnych miejsc pracy, przekładają się na wzrost gospodarczy i wyższe wpływy do budżetu.

Po trzecie, nasze zaangażowanie zwiększa szanse na szybki dostęp do nowoczesnych leków dla polskich pacjentów. Jesteśmy jedyną firmą z grupy Big Pharma, która zainwestowała w tak szeroką działalność badawczo-rozwojową w Polsce.

>>> Polecamy: To projekt unikalny na skalę europejską. Dotąd w Polsce nikt nie wytwarza leków z tej grupy – wywiad z prezesem Polfy Tarchomin

Na ile ważny jest dla koncernu polski oddział?

Praca badawcza i odkrywanie nowych cząsteczek to najbardziej nieprzewidywalny etap działania firm farmaceutycznych. Nie wiem, czy to dobra analogia, ale może będzie czytelna: wymyślanie leku przypomina wydobywanie diamentów – dopiero oszlifowanie pozwala wydobyć z nich właściwą wartość.

Na świecie każdego roku odkrywane są setki tysięcy cząsteczek, które potencjalnie mogą być lekami. Setki tysięcy. Jednak z każdych 5 tysięcy 4999 nigdy nie będzie lekiem. Bardzo często, gdy słyszy się w wiadomościach o potencjalnym nowym leku na raka, takie badanie pozostaje wyłącznie publikacją.

Dlaczego?

Z wielu przyczyn: okazuje się, że poza probówką nie działa, że badania na szczurach dały fatalne efekty, albo nawet jeśli działa u szczura, to nie działa u małpy, albo działa u małpy, ale nie działa u człowieka. Albo po prostu ryzyko podania takiego leku przewyższa korzyści.

Nawet 10 lat po wynalezieniu cząsteczki i pracy z nią, w trzeciej fazie badań klinicznych, czyli po zainwestowaniu od 100 do nawet 800 mln dol., nadal mamy tylko 50 proc. szans, że z badanego materiału powstanie prawdziwy lek. Średnia inwestycja skorygowana o ryzyko w jeden innowacyjny lek to nawet 2,5 miliarda dolarów.

Jest to więc proces bardzo ryzykowny dla producenta i niezbędna jest wiedza, co zrobić i jak to robić, aby zmaksymalizować szanse otrzymania leku i zminimalizować ryzyko porażki. Trzeba wiedzieć, jak zaplanować badania, a później je przeprowadzić tak, aby agencje dopuszczające nowe leki do obrotu miały wystarczająco dużo argumentów, by to zrobić. Taki know-how ma zaledwie kilka miejsc na świecie. Teraz Polska dołączyła do tego elitarnego grona. 

W niedawnym wywiadzie planami opracowania pierwszego polskiego leku innowacyjnego pochwaliła się Agencja Badań Medycznych. Czy warto angażować publiczne środki w tak ryzykowny, jak pan to opisuje, proces? Wydatek rzędu miliarda dolarów może się okazać wyrzuceniem pieniędzy w błoto.

Na etapie odkrywania nowych cząsteczek udział publicznych środków jest jak najbardziej wskazany, pożądany. Gdy prawdopodobieństwo sukcesu wynosi 1 do 5000, to właśnie jest najlepszy moment i miejsce na zaangażowanie instytucji publicznych.

W Stanach Zjednoczonych udział środków publicznych w fazie odkrywczej sięga 80 proc., później maleje, a na etapie badań klinicznych publicznego kapitału już prawie nie ma. Gdy cząsteczka wchodzi do badań klinicznych fazy pierwszej, szanse na sukces nadal wynoszą tylko 10 proc., ale jest to już ryzyko do przyjęcia dla prywatnych inwestorów. Od tego momentu badania są też znacznie bardziej kosztowne – badania kliniczne od pierwszej do trzeciej fazy to średnio wydatek rzędu 200-300 mln dol.

Agencja Badań Medycznych ma więc ważną rolę do spełnienia. Dotychczas nie istniała w Polsce systemowa współpraca pomiędzy różnymi podmiotami zaangażowanymi w wytwarzanie nowych leków, dlatego nie ma żadnego polskiego leku. Potrzebna jest instytucja, która połączy i skoordynuje różne podmioty we współpracy w różnych fazach badawczych.

Jak pobudzić polski sektor biotechnologiczny? Brakuje nam wiedzy, naukowców, pieniędzy, chęci?

Moi koledzy z centrali, którzy pracują nad odkrywaniem nowych leków, współpracują z około tysiącem różnych partnerów – firm i instytucji na całym świecie. Kooperacja jest kluczem do odkrywania nowych terapii. Potrzebne są takie partnerstwa między polskimi uczelniami, start-upami, instytutami badawczymi, Big Pharma i rządowymi agencjami typu ABM czy NCBiR. Pierwsi będziemy to wspierać – chcemy być kluczowym podmiotem stymulującym polski ekosystem innowacji biotechnologicznych. Mamy doświadczenie, wiedzę i środki aby to zrobić, a przede wszystkim chcemy to zrobić.

AstraZeneca współpracuje w Polsce ze start-upami biotechnologicznymi?

Naturalnie, ale jest ich znacznie mniej, niż byśmy chcieli. Niestety, mało jest takich, którzy przychodzą z własnymi pomysłami. Nie ma dużej podaży pomysłów. A jak już powiedziałem: żeby powstał jeden lek, musi być pięć tysięcy pomysłów.

Przecież mamy w Polsce mnóstwo uniwersytetów, wydziałów nauk medycznych i działających tam laboratoriów, dlaczego więc brakuje pomysłów? To naukowcy nie są zainteresowani, czy ich pomysły nie są dostatecznie dobre? W jednej ze swoich wypowiedzi zarzucił pan, że polska nauka jest bardzo naukowa, że w ogóle nie myśli się o komercjalizowaniu działalności badawczej, że mało kto chce przenosić swoją pracę z poziomu papieru do poziomu próbówki, a następnie sprzedaży…

Będę jeszcze bardziej krytyczny: polska nauka nie jest najlepsza, jest średnia. Nie ma w Polsce systemu, który premiowałby świetne publikacje naukowe. Wciąż liczy się ilość, a nie jakość i miejsce publikacji, dlatego też polskie publikacje rzadko liczą się na świecie.

Dlaczego to ma znaczenie?

Ponieważ każdy lek był kiedyś super publikacją, mało jest zaś leków, które były słabymi publikacjami. Dobrym testem jakości publikacji są rozmowy z przedstawicielami funduszy venture capital. Nie interesuje ich liczba prac, ani to na jakich kongresach się występuje, gdzie się pracuje i z kim się współpracuje. Oni najpierw pytają, na jakim uniwersytecie powstał dany pomysł, ilu noblistów tam pracuje oraz w jakich miejscach publikowane były prace danego potencjalnego partnera biznesowego [ważny jest tzw. impact factor, czyli miernik siły oddziaływania i prestiżu czasopism naukowych – przyp. red.].

Nie mamy w Polsce noblistów w tych dziedzinach i raczej prędko mieć ich nie będziemy. Jak więc można rozwiązać ten problem?

Potrzebujemy w biotechnologii efektu Małysza – jednego człowieka, którego sukces zaszczepi chęć odniesienia podobnych sukcesów u kolejnych zawodników. Gdy Adam Małysz zaczynał, nie mieliśmy drużyny skoczków. Mieliśmy tylko Małysza. Jego sukces spowodował, że młodzi chcieli być jak Adam Małysz i poszli w jego ślady.

W biotechnologii będzie nim ktoś, kto pracował na uniwersytecie, przeprowadził badania, uruchomił start-up, kontynuował badania nad lekiem, następnie sprzedał go za miliard dolarów i zaczął od nowa. W USA czy Wlk. Brytanii takich przykładów są setki, a może tysiące. W różnych konfiguracjach – ci, którzy odeszli z uniwersytetów do biznesu, ci, którzy sprzedali swój wynalazek i pozostali na uniwersytecie, ci, którzy sprzedali swój wynalazek, pracują w biznesie i nadal zajmują się badaniami na uniwersytetach, i tak dalej, każdemu według potrzeb.

Potrzebujemy narodowych czempionów w tej dziedzinie. Należy wybrać setkę naukowców i wspierać ich pracę, a za 10-15 lat zobaczymy efekty. Taki model rozwoju sektora life science przyjęła kilkanaście lat temu Wielka Brytania – inwestowano tam w wybraną grupę ludzi, premiowano ich pracę i najbardziej wartościowe publikacje.

Publikacja nie może być jednak zwieńczeniem działań, lecz dopiero pierwszym etapem. Trzeba sobie uświadomić, że komercjalizowanie badań musi przestać być traktowane jak kaprys albo fanaberia badacza. W Cambridge działa dziś około 4 tysięcy start-upów – powstały jako spółki zakładane wspólnie z uniwersytetem zaledwie w dekadę, najwyżej w 15 lat.

W Polsce to praktycznie nie działa. Żeby zaczęło, musimy zacząć od zidentyfikowania badaczy, konkretnych osób, z imienia i nazwiska. Ich praca naukowa powinna być ukierunkowana na komercjalizację produktu, który w przyszłości ktoś będzie chciał kupić, rozwijać dalej i sprzedawać.

Dwa lata temu rząd wymyślił projekt odzyskiwania z zagranicy młodych polskich naukowców. Nie bez powodu przecież – może brakuje nam kadr, by sektor biotechnologii móc rozwinąć?

Podobno pierwsze sukcesy w tym zakresie już są, więc należy wyłącznie popierać. Wielu Polaków, którzy kształcili się na zagranicznych dobrych uniwersytetach, pozostało tam, by kontynuować swoją działalność.

Ale i to można przekuć w sukces – warto młodym doktorom z potencjałem fundować zagraniczne studia podoktoranckie (tzw. post-doc), ale na ściśle określonych zasadach: wracasz z konkretnymi rezultatami, a my w zamian gwarantujemy ci w Polsce laboratorium, zespół i środki, by kontynuować badania. Jeśli dziś postawimy na 100 takich osób, a każda z nich będzie pracowała z pięcioosobowym zespołem, to już po 5 latach będziemy mieli pół tysiąca nowocześnie myślących i pracujących naukowców, którzy będą wystarczającą masą krytyczną, by zainicjować start polskiego ekosystemu biotechnologicznego.

>>> Czytaj też: To projekt unikalny na skalę europejską. Dotąd w Polsce nikt nie wytwarza leków z tej grupy – wywiad z prezesem Polfy Tarchomin