Strona główna NEWS Nie tylko prace domowe i podwyżki płac. Polska szkoła potrzebuje znacznie głębszych zmian [WYWIAD]

Nie tylko prace domowe i podwyżki płac. Polska szkoła potrzebuje znacznie głębszych zmian [WYWIAD]

przez Dorota Mariańska
Praca domowa

Szkoły są tradycyjnie dosyć hierarchicznymi instytucjami, w których istotny element to jest strach, podporządkowanie. To nie jest środowisko, kultura, która sprzyja uczeniu się. Wiemy to z badań psychologicznych. Trzeba to odwracać – mówi dr Jędrzej Witkowski*, prezes Centrum Edukacji Obywatelskiej. 

Dorota Mariańska, 300Gospodarka: Centrum Edukacji Obywatelskiej, które Pan reprezentuje, jest jedną z największych organizacji, które współpracują z nauczycielami. W związku z tym jaką ocenę wystawiłby Pan polskiemu systemowi oświaty?

Dr Jędrzej Witkowski, prezes Centrum Edukacji Obywatelskiej: Polski system edukacji na tle innych systemów skutecznie rozwija umiejętności i przekazuje wiedzę przedmiotową. To potwierdzają badania PISA, w których jako system uzyskaliśmy gorsze wyniki niż w 2018 roku, ale nadal jesteśmy istotnie powyżej średniej OECD. Natomiast na system trzeba patrzeć nie tylko przez pryzmat tego, jak skutecznie rozwija umiejętności przedmiotowe, ale też jak dba o młodych ludzi i jak w nim czują uczniowie i uczennice.

Często zapominamy, że spędzamy w szkole do matury mniej więcej 8 tys. godzin. I to też jest ważne, jak się w tej szkole czujemy. Jeśli chodzi o poczucie przynależności do szkoły, ocenę szkolnych relacji, ale też poczucie dobrostanu, niestety polski system oświaty ma wiele do zrobienia. To w badaniach PISA też widać. To jest jeden z niewielu wskaźników, w którym jesteśmy poniżej średniej dla OECD.

Pierwsze zapowiedzi nowej minister edukacji, czyli podwyżki dla nauczycieli, likwidacja prac domowych, wymiana kuratorów to dobry kierunek zmian?

To są pierwsze hasła, pierwsze deklaracje z poziomu politycznego. Traktujemy je jako konsekwencję kampanii wyborczej. Nowa ministra musiała się siłą rzeczy odnieść się do tego, co zapowiedział w kampanii premier Tusk. Natomiast wiemy, że te zmiany, które w systemie oświaty są potrzebne, są znacznie głębsze, znacznie poważniejsze. Cieszymy się na deklaracje minister Nowackiej, która mówiła, że jest otwarta na dyskusję z różnymi środowiskami i eksperckimi i akademickimi i pozarządowymi i praktykami, bo potrzebujemy znacznie głębszych dyskusji.

Podwyżki są warunkiem koniecznym chociaż niewystarczającym w tej rozmowie. Musimy myśleć szerzej o prestiżu zawodu nauczyciela, o tym, żeby on stał się atrakcyjny. Wtedy też będziemy mogli od nauczycieli wymagać większego zaangażowania w pracę i zmian w ich praktyce, choćby w zakresie prac domowych.

Jak powinno wyglądać to zaangażowanie w kontekście dbania o dobrostan uczniów?

Jak wszyscy wiemy, pedagogów, psychologów w szkołach nadal nie ma. Za te stawki oni nie chcą pracować, więc musimy wymyślić, jak ich przyciągnąć do szkoły, bo oni najlepiej zadbają o dobrostan młodych. Bardzo ważnym i niedocenianym ogniwem szczególnie w okresie przejściowym, kiedy psychologów brakuje – są nauczyciele-wychowawcy. Oni mogą część z tych funkcji wykonywać po przeszkoleniu, głównie w zakresie prewencji. Jeśli mówimy o kryzysie zdrowia psychicznego, to jest oczywiście zadanie dla specjalistów, ale na poziomie zapobiegania warto uczyć dzieci samoświadomości, samoregulacji, redukcji stresu. To są elementy edukacji emocjonalnej, które powinni być w stanie prowadzić również wychowawcy.


Polecamy także: Polscy uczniowie źle się czują w szkole. Wystawili systemowi edukacji niską ocenę


Być może wartym rozważenia jest rozwiązanie w postaci dodania drugiej godziny wychowawczej przeznaczonej wprost na poruszanie tych tematów z uczniami, bo na razie te tematy są w szkole nieobecne, albo są obecne tylko dzięki dobrej woli i zaangażowaniu pojedynczych nauczycieli-wychowawców.

Czy coś jeszcze może sprawić, że uczniowie poczują się w szkole lepiej?

Szkoły są tradycyjnie dosyć hierarchicznymi instytucjami, w których istotny element to jest strach, podporządkowanie. To nie jest środowisko, kultura, która sprzyja uczeniu się. Wiemy to z badań psychologicznych. Trzeba to odwracać. To jest stopniowy proces, bo nie chodzi o to, żeby to odwracać kosztem nauczycieli, ale potrzebujemy samorządności, podmiotowości uczniów, tego powinno być w szkole coraz więcej. I tutaj z kolei potencjałem jest samorząd uczniowski, który bywa fasadowy, bywa nieprawdziwy, bywa sprowadzony do artefaktu a może być inkubatorem zaangażowania, odpowiedzialności, sprawczości dla bardzo wielu młodych ludzi, którzy wychodzą ze szkół i potem przyjmują jakieś role przywódcze.

To teraz weźmy na tapet prace domowe. Trzeba z nich zrezygnować? Ograniczyć je? Jakie jest Pana zdanie? 

Nie ma łatwej odpowiedzi. Na pewno uczniowie są zbyt obciążeni nauką. Badania pokazują, że tylko w kilku krajach OECD dzieciaki uczą się dłużej niż w Polsce. Z drugiej strony wiemy, że szczególnie w szkole podstawowej prace domowe nie poprawiają znacząco wyników edukacyjnych. Nie poprawiają procesu uczenia się tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Z trzeciej strony wiemy, że często to jest jakiś sposób poradzenia sobie z przeładowaną podstawą programową. Część ćwiczeń, materiału dzieci przerabiają poza szkołą. Na to się złoszczą rodzice. Trzeba też pamiętać, że prace domowe pogłębiają różnice edukacyjne, bo część rodziców chce i umie pomóc swoim pociechom, a część tego nie robi, bo nie chce, nie umie albo nie ma czasu, bo pracuje wieczorami. Na to też trzeba zwrócić uwagę. Jednocześnie to jest sfera autonomii nauczyciela.

Uważam, że kierunek ograniczenia prac domowych jest słuszny. Jednocześnie trzeba pracować nad jakością prac domowych. Trzeba też wesprzeć nauczycieli, żeby potrafili zadawać takie prace domowe, które rzeczywiście uczą a nie męczą. Musimy jednak w tym słuchać nauczycieli, bo dobrej edukacji nie da się zadekretować. Ostateczna decyzja dotycząca tego, kiedy i jak zadaje się prace domowe powinna być decyzją nauczyciela. Trzeba stworzyć taki system, żeby nauczyciele mogli i chcieli zadawać mniej prac domowych. 

Czyli lepiej zacząć od reformy podstawy programowej?

Potrzebujemy zmian w podstawie programowej w trybie szybkim i siłą rzeczy te zmiany nie mogą być bardzo głębokie, żeby nie robić kolejnej rewolucji. Ale potrzebujemy też równolegle rozpoczęcia kompleksowych prac nad nową podstawą programową. Taką, która inaczej wyważałaby proporcje między wiedzą a kompetencjami. Warto wskazać część wymagań z podstawy programowej jako fakultatywne, tak, żeby nauczyciele nie musieli ich przerabiać. To by trochę odciążyło uczniów i nauczycieli. To by uwolniło kilka godzin i część zadań z prac domowych mogłaby być realizowana na lekcji. To jest zadanie w krótkiej perspektywie.

Plusem takiego rozwiązania jest to, że nie trzeba zmieniać podręczników. Bo jeżeli uznajemy część wymagań za fakultatywne, to nie trzeba pisać podręczników od nowa. Część tematów możemy pominąć. W reformie długofalowej potrzebujemy rzetelnej dyskusji o podstawie programowej, ile powinno w niej być wiedzy, ile kompetencji, ile doświadczeń podmiotowości, sprawczości dla uczniów. To jest jednak perspektywa dwóch, trzech lat. 

Czy podwyżka wynagrodzenia wpłynie na odbudowę prestiżu zawodu nauczyciela?

Podwyżki są absolutną koniecznością, bo pensje nauczycieli niebezpiecznie zbliżyły się do płacy minimalnej, znacząco odbiegają od średniego wynagrodzenia i to jest warunek konieczny, ale niewystarczający jeżeli chodzi o odbudowę prestiżu zawodu. Musimy odwrócić dwa niepokojące trendy. Pierwszy to odchodzenie nauczycieli, którzy uczą w szkołach. Musimy zrozumieć, dlaczego oni odchodzą. Jedną z odpowiedzi jest kwestia wynagrodzenia. Inną odpowiedzią jest kwestia zmęczenia, wypalenia, związanego także z trudnymi relacjami w szkole, czasami trudnymi relacjami z dyrekcją. Drugi trend to fakt, że młodzi ludzie nie wchodzą do tego zawodu. Ponad 47 lat to średni wiek nauczycieli. I jeżeli w tej sprawie nic nie zrobimy, to rzeczywiście za parę lat będziemy mieli bardzo poważny kryzys.


Zobacz też: Młodzi ludzie ocenili polski system edukacji. Mają mu wiele do zarzucenia


Poważnym wyzwaniem jest pozycja rodziców w stosunku do nauczycieli. Wielu nauczycieli wskazuje na trudne relacje z rodzicami jako jeden z kluczowych czynników demotywujących ich w pracy. Musimy pomyśleć, jak nauczyciela jako eksperta wzmocnić w relacji z rodzicami, bo to nauczyciele znają się na edukacji a nie rodzice. Rolą nauczyciela jest wsłuchiwanie się w to, co rodzice proponują, ale to on podejmuje ostateczne decyzje, tak jak lekarz podejmuje decyzję o leczeniu. Edukacja musi się mierzyć z przekleństwem, że wszyscy się na niej znają. Bo każdy z nas kiedyś był w szkole albo ma dzieci bądź wnuki w szkole. To nas nie czyni ekspertami od edukacji. Ekspertami od edukacji są nauczyciele i powinniśmy to uszanować.

To łatwe nie będzie, bo rodzice przyzwyczaili się do tego, że mogą dużo powiedzieć. Na pewno byliby spokojniejsi, gdyby byli przekonani, że nauczyciel jest osobą kompetentną. Ilu nauczycieli w Polsce regularnie podnosi swoje kompetencje?

Podnoszenie kompetencji, tzw. doskonalenie, jest obowiązkiem nauczycieli. Prawie wszyscy nauczyciele to robią. Badania pokazują, że w tym zakresie polscy nauczyciele pozytywnie się wyróżniają na tle innych krajów. Jednak nie wszyscy nauczyciele, w tak szybki sposób, jakby tego wymagały okoliczności, się doskonalą. Nauczyciele powinni w szczególności aktualizować wiedzę o procesach uczenia się, bo ta wiedza przez ostatnie 3, 4 dekady zmieniła się diametralnie – właśnie jeśli chodzi o to, jak budować środowisko, które sprzyja uczeniu się. To jest środowisko, które nie może być oparte o system kar i nagród, podporządkowanie się, rywalizację. To powinno być środowisko, w którym dzieci czują się bezpieczne, w którym mogą uruchomić swoją ciekawość. 

A jak pan ocenia to, że zgodnie z aktualnym stanem prawnym osoba, która nie ma przygotowania pedagogicznego może pracować w szkole?

Problem polega na tym, że osoby, które mają przygotowanie pedagogiczne nie chcą podejmować pracy. Zapis, o którym pani redaktor mówi, jest efektem ratowania się w sytuacjach trudnych, kiedy brakuje pracowników. Często chodzi o studentów ostatnich lat studiów, którzy uzyskują zgodę na pracę w szkole. Chciałbym, żeby nie było tego zapisu a jeszcze bardziej chciałbym, żeby nie był on konieczny. W wielu miejscach jest to jedyny ratunek zapewnienia możliwości realizacji programu. To jest plaster. Chcielibyśmy nie mieć tej rany, na którą został przyklejony. 

Coraz więcej osób choruje na grypę, Covid-19. Czy w związku z tym szkoły powinny mieć możliwość przejścia na pracę zdalną?

To jest jeden z ciekawych dylematów, bo szkoła bardzo szybko weszła w pracę zdalną w czasie pandemii. Bardzo szybko potem z niej wyszła. Okresy zamknięcia szkół w Polsce były jednymi z najdłuższych w krajach europejskich. Niestety wnioski z okresu edukacji zdalnej, które mogliśmy wykorzystać do reformowania szkół zostały niejako zapomniane. W firmach, instytucjach podjęliśmy rozmowę: to może wróćmy na cztery albo trzy dni do biura a część pracy wykonujmy jednak zdalnie. W szkole w ogóle nie było na ten temat dyskusji. W dłuższej perspektywie warto do tego wrócić.

Warto rozważyć opcję, żeby część zajęć mogła być prowadzona zdalnie. Nie tylko w sytuacji kryzysowej takiej jak Covid, ale też w normalnej sytuacji, bo umiejętność mobilizowania się do pracy zdalnej też jest jakąś wartością. Warto jej młodych ludzi uczyć. Oczywiście podstawą powinna pozostać praca stacjonarna, bo ona jest kluczowa, szczególnie dla nawiązywania relacji, nabywania kompetencji społecznych i emocjonalnych. Tego online nam nigdy nie zastąpi. 

A co z wprowadzaniem technologii do szkół? 

Szkoła nie może się na technologię obrażać, żyjemy w świecie nasyconym technologią. Nie możemy jednak utożsamiać obecności technologii w szkole z nowoczesną edukacją. I tym bardziej z jej skutecznością, bo nie każda obecność komputera, robota, drukarki 3D poprawia wyniki nauczania. Wyniki badania PISA pokazują, że uczniowie uczący się w środowisku przesyconym technologią osiągają gorsze wyniki w zakresie czytania ze zrozumieniem, więc musimy się zastanowić, jaki mamy cel edukacyjny i jak w tym celu wykorzystać technologię a nie tak, jak się dzieje w polskich szkołach: mam takiego robota, mam taką drukarkę 3D, do czego mogę ją wykorzystać?

Pierwsze podejście daje pozytywne rezultaty. Drugie, nawet biorąc pod uwagę atrakcyjność urządzenia dla młodych ludzi, odwraca ich uwagę od samego procesu uczenia się. I bardzo ważne, z poziomu systemowego, żebyśmy wprowadzali do szkół technologie na warunkach dyktowanych przez państwo a nie na warunkach dyktowanych przez przedstawicieli dużego biznesu technologicznego. 

To też kwestia wytłumaczenia uczniom, że lepiej nie chodzić na skróty i nie wykorzystywać smartfonów na lekcjach czy sztucznej inteligencji do pisania wypracowań.

Tak, jak najbardziej. Wiemy to już z badań, że sama nawet obecność smartfona dekoncentruje ucznia, utrudnia naukę. Nowoczesna edukacja to nie musi być edukacja przesiąknięta technologią. Nowoczesną edukację, skuteczną, da się robić z tablicą i kredą, bo ona się wydarza głównie w relacji między nauczycielem i uczniem i między samymi uczniami. I to tutaj dzieje się magia. 

Mówiliśmy o wiedzy, kompetencjach a co z egzaminami? Czy mamy w Polsce dużo egzaminów? Za dużo? Jak to wygląda Pana zdaniem?

Mamy dosyć dobrze skonstruowane prawo oświatowe, bo zgodnie z prawem oświatowym ocenianie to jest proces, który ma przede wszystkim pomagać uczniowi się uczyć a nie być jego podsumowaniem. Potrzebujemy więcej ocen kształtujących a mniej sumujących. 

Proszę wyjaśnić różnicę.

Ocena sumująca to jest właśnie 1,2,3,4,5 natomiast ocena kształtująca to jest informacja zwrotna o tym, co uczeń już umie a czego nie umie, czego powinien się nauczyć, co w wypracowaniu napisał dobrze, gdzie popełnił błędy i co może zrobić, żeby kolejne wypracowanie napisać lepiej, które elementy rozumowania matematycznego już opanował, a gdzie popełnia błędy, czy to jest kwestia precyzji obliczeń, czy to jest kwestia logicznego myślenia. Jak dostajemy 5, to wiemy, że jest w porządku, ale jak dostajemy 3, to nie wiemy na czym powinniśmy się skupić. Dlatego badania pokazują, że właśnie ocena kształtująca, informacja zwrotna pomaga w uczeniu się i przekłada się na wyniki edukacyjne. Ona pomaga też pracować rodzicom z dzieckiem jeżeli jest taka potrzeba. 


Bądź na bieżąco z najważniejszymi informacjami subskrybując nasz codzienny newsletter 300Sekund! Obserwuj nas również w Wiadomościach Google.


Natomiast ocena wyrażona stopniem ułatwia porównanie się z koleżankami, kolegami i mobilizuje do rywalizacji. Jest nagrodą lub karą. Zastępuje motywację wewnętrzną motywacją zewnętrzną. To jest bardzo szkodliwe na dłuższą metę. Nasze prawo oświatowe pozwala nie wystawiać żadnych ocen wyrażonych stopniem w klasach 1-3 a w klasach od 4 wymaga wystawienia jednej oceny klasyfikacyjnej wyrażonej stopniem. Całą resztę nauczyciele mogą wystawiać właśnie w postaci oceny kształtującej, dając informację zwrotną. Prawo pozwala na wiele. 

Dlaczego zatem najczęściej uczniom wystawiane są stopnie?

Ocena kształtująca jest wyzwaniem, bo jest bardziej czasochłonna i pracochłonna. Najpierw trzeba ulżyć nauczycielom w innych obszarach, żeby mogli zainwestować swój czas w ocenę kształtującą i to by bardzo mocno poprawiło doświadczenie szkolne uczniów. Bo nie chodzi o to, żeby uczniowie ciągle żyli w strachu przed jedynką albo ciągle byli pozytywnie tresowani pozytywnym wzmocnieniem w postaci piątki. Do tego jeszcze dochodzi wątek zachowania, które oceniamy słownie, jednym słowem. Warto pomyśleć o tym, żeby również ocenę z zachowania zastąpić informacją zwrotną od wychowawcy. Żeby uczeń wiedział co w jego zachowaniu i relacjach z koleżankami i kolegami jest w porządku, a co nie jest. To byłoby naprawdę znacznie bardziej rozwojowe dla dziecka i dla jego rodziców. 

A co z najważniejszymi egzaminami?

One bardzo często stają się sensem funkcjonowania szkół a nie podsumowaniem etapu. Potrzebujemy dyskusji, jak osłabić funkcję selekcyjną egzaminów i co jeszcze powinniśmy w rekrutacji do szkół wyższego rzędu brać pod uwagę, żeby szkoła nie stawała się kursem przygotowawczym do egzaminu ósmoklasisty i matury. Zbyt często słyszymy od nauczycieli, że jedynym co interesuje uczniów i rodziców jest to, jak szkoła przygotowuje do egzaminów. Egzamin ma wąskie spektrum, które może sprawdzić. Egzamin dotyczy wiedzy i prostych umiejętności przedmiotowych. My mamy w podstawie programowej zapisy o kompetencjach, myśleniu krytycznym, współpracy, ale tego egzamin nie sprawdza. A skoro tego egzamin nie sprawdza, to system tego nie widzi i uczymy dzieci współpracy tylko jak nam zostaje czas po przerobieniu podstawy programowej. To za mało. 

Dużo mówi się też o tym, że szkoły powinny mieć większą autonomię. Czy powinno to być rozumiane wyłącznie jako większa swoboda dla nauczycieli i uczniów?

Autonomia dotyczy nie tylko nauczycieli, ale też dyrektorów. Oni są w dosyć trudnej sytuacji, odpowiedzialni za prawie wszystko co dzieje się w szkole, de facto z dwoma szefami, często pozostającymi w konflikcie, czyli z kuratorem i przedstawicielem organu prowadzącego – prezydentem, burmistrzem, wójtem, bardzo kiepsko wynagradzani. Często dyrektorzy zarabiają podobnie lub nawet mniej w porównaniu z nauczycielami pracującymi na ponad etat, więc ich musimy też wesprzeć. Mamy ogromną pracę do wykonania w zakresie kompetencyjnego wsparcia dyrektorów, ich finansowego doceniania oraz odciążenia ich z części odpowiedzialności, która prawie w całości spoczywa na nich – od przepisów przeciwpożarowych i BHP do realizacji podstawy programowej.

Czyli w większym stopniu samorząd powinien partycypować w odpowiedzialności za szkoły? 

Z części obowiązków można by dyrektorów zwolnić, przenosząc je do samorządu, żeby dyrektorzy mogli skupić się na kluczowym procesie, który się w szkole odbywa, czyli na procesie uczenia się, wychowania młodych ludzi. Dyrektorzy powinni być przede wszystkim liderami nauczania a dopiero w drugiej kolejności menadżerami instytucji, infrastruktury szkolnej. Dyrektorzy powinni też otrzymać dydaktyczne wsparcie od kuratorów oświaty. Kuratoria przez ostatnie lata raczej były instytucją, która formułowała oczekiwania i nadzorowała ich wykonanie. Niewielka część dyrektorów czuła wsparcie w kuratorach oświaty.

Samorządy powiedzą, że mogą to zrobić, ale np. muszą zatrudnić dodatkową osobę, a na to ich nie stać

Musimy mieć świadomość, że edukacja dobrej jakości kosztuje. Musimy to jako społeczeństwo przyjąć. Dla nas testem, jako społeczeństwa, jest to, jak dużo jesteśmy w edukację, jako system społeczny włożyć. To jakość kształcenia przekłada się długofalowo na jakość kapitału ludzkiego, na pozycję konkurencyjną polskiej gospodarki względem innych gospodarek. Kraje, które postawiły na edukację, stały się innowacyjnymi gospodarkami. Głębokie zmiany w edukacji potrzebują inwestycji.

Czyli należy zacząć od zwiększenia PKB na edukację?

Tak. To, co wiemy o reformach edukacji, to to, że one trwają bardzo długo. Potrzebujemy kompleksowego planu działania i on powinien obejmować także zwiększenie finansowania oświaty.

Dziękuję za rozmowę.

*Dr Jędrzej Witkowski, od 2018 r. zarządza fundacją Centrum Edukacji Obywatelskiej. Z wykształcenia socjolog i politolog. Zajmuje się m.in. strategiami dotyczącymi tego, jak oddolnie wprowadzać zmiany w szkołach, rozwijać kompetencje przyszłości, a także edukacją obywatelską i edukacją o polityce. Jest autorem lub współautorem opracowań naukowych, materiałów edukacyjnych, kursów e-coachingowych, scenariuszy zajęć i podręczników. Jako trener pracuje z nauczycielami, doradcami metodycznymi, wydawcami podręczników i przedstawicielami organizacji pozarządowych.

To też może Cię zainteresować:

 

Powiązane artykuły