Co się stało? Jak informowaliśmy w poniedziałek, zaatakowana została rafineria Abqaiq w Arabii Saudyjskiej.

Infrastruktura należy do największego eksportera ropy na świecie – Saudi Aramco – i odpowiada za ponad połowę jego zdolności produkcyjnych.

Zdarzało się, że zakład Abqaiq wykorzystywany był do przygotowania nawet 70 proc. produkcji Arabii Saudyjskiej, w większości przeznaczonej na eksport.

Oprócz tego giganta, atak dotknął także jedno z największych pól naftowych na świecie – Khurais. Tym sposobem poniedziałkowy 20-proc. skok ceny za baryłkę surowca raczej nikogo nie powinien dziwić.

Kto zaatakował rafinerię? USA oskarżająIran, ale ten wypiera się odpowiedzialności za ataki.

Saudyjczycy z kolei poinformowali, że ataki nie pochodziły z Jemenu – wcześniej jemeńscy rebelianci Houthi, którzy są wspierani przez Iran, przyznali się do ataków.

Co to oznacza? Analitycy wobec tej sytuacji sięgają po wyjątkowo anatomiczne porównania. Wczoraj pisaliśmy o Rogerze Diwanie z IHS Markit, który powiedział, że Abqaiq to serce światowego przemysłu ropy, a więc w weekend branża „miała atak serca”.

Dzisiaj zacytujemy Saada Rahima, głównego ekonomistę w Trafigura, szanowanym niezależnym traderze ropy naftowej, który dla brytyjskiego dziennika Financial Times powiedział tak:

Aramco będzie wyciskać ostatnie soki ze swoich pozostałych rafinerii, aby wywiązać się ze zobowiązań eksportowych. Będą musieli też importować produkty naftowe i to w dość dużych ilościach. Podstawowe pytanie to to, czy rynek nie zaczynie kwestionować bezpieczeństwa dostaw od Saudyjczyków. To jest pięta achillesowa globalnej gospodarki„.

W tej opinii nie jest osamotniony. Zakład Abqaiq jest zdaniem Boba McNally’a, byłego doradca George’a W Busha ds. energii, „zdecydowanie najważniejszym zakładem naftowym na świecie”, ponieważ żadne inne pole czy rafineria nie obsługuje tak wielu baryłek w jednym dniu.

Firma doradcza McNally’ego – Rapidan, która doradza firmom energetycznym i funduszom hedgingowym już w maju pisała, że obiekt ten jest „słabością systemu”, ponieważ w przypadku przerwy w funkcjonowaniu świat straciłby około 7 mln baryłek ropy naftowej dziennie, czyli ok. 7 proc. globalnej produkcji.

Tym sposobem światowa pięta Achillesa nie ropieje i świat w końcu na własnej skórze odczuwa, że brak dywersyfikacji jest taktyką ryzykowną.

Zaraz, zaraz… czy to po raz pierwszy? Nie. podobnie było w latach 70., kiedy Opec – kartel krajów eksportujących ropę naftową – zirytował się na świat Zachodni i wprowadził embargo. Wtedy Europa powzięła postanowienie uniezależnienia się od ropy naftowej.

Prawie pół wieku później widać, że nie poszło nam to szczególnie dobrze (z małymi wyjątkami: takiej np. Danii poszło całkiem nieźle).

>>> Czytaj też: Niepokój klimatyczny: jak nowa przypadłość naszych czasów zmieni światową gospodarkę