Strona główna NEWS Ponad 200 butelek wódki za przeciętną pensję. Polacy piją za dużo i umierają [WYWIAD]

Ponad 200 butelek wódki za przeciętną pensję. Polacy piją za dużo i umierają [WYWIAD]

przez Katarzyna Mokrzycka
Wódka, spożycie alkoholu, zdrowie publiczne. Fot. Shutterstock

Około 2,4 mln zł kosztuje gospodarkę śmierć człowieka, według raportu badaczy z SGH. – W tym roku nawet 13 mld zł ze środków NFZ pójdzie na to, żeby na powrót uzdatnić do picia tych, którzy wypili za dużo – mówi Krzysztof Brzózka, były dyrektor Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, ekspert i doradca w tym obszarze.  

Katarzyna Mokrzycka, 300Gospodarka: Jakie konsekwencje może mieć fakt, że w Polsce wódka wciąż jest jedną z najtańszych w Unii Europejskiej, a jej ceny w ostatnich latach rosły u nas znacznie wolniej niż ceny żywności? Cena ma wpływ na to, ile się pije?

Krzysztof Brzózka: Oczywiście, że ma, tak jak kondycja ekonomiczna kraju. To, o czym pani mówi, to jest groźne zjawisko. Jesteśmy krajem, w którym statystycznie aż 3,9 proc. domowego budżetu wydawane jest na alkohol – to nam daje czwarte miejsce w UE, po Estonii, Łotwie i Litwie.

Był taki czas, na początku lat 90., kiedy spożycie alkoholu w Polsce zaczęło spadać – w dwa lata z ponad 9,5 litra na głowę zeszliśmy do 7,5 litra. I niestety odrobiliśmy ten spadek – statystyczny Polak wypija dziś 9,7 l czystego alkoholu – a więcej pić Polacy zaczęli, gdy w 2003 roku rząd obniżył podatek akcyzowy od wódki, ceny przestały gwałtownie rosnąć. To była idiotyczna decyzja, prawie 20 lat zajęło, żeby podatek akcyzowy wrócił do poziomu sprzed obniżki. 20 lat temu za średnią pensję można było kupić 88 butelek wódki. W roku 2021 za średnią pensję można było kupić już 201 butelek o tej samej objętości. Widać więc, że mimo prób podwyżki akcyzy, cena wódki relatywnie spadała.

Ponieważ rośnie spożycie alkoholu, to przyjdzie moment, kiedy społeczeństwo w Polsce zacznie się degradować, tak jak to ma miejsce w Rosji.

 

Ile nas kosztuje nadmierne picie?

Dużo. U nas statystyki spożycia alkoholu „wyrabia” 3,5 miliona osób, które przynoszą największe straty gospodarcze. Bo naszym największym kosztem wcale nie jest sama choroba alkoholowa – to nie grono 600-800 tys. zdiagnozowanych chorych powoduje największe straty ekonomiczne. Największe straty powodują ci, którzy piją nadmiernie i szkodliwie, uzależnieni nie są, bo nie wszyscy się uzależniają, ale spada ich wydajność dla gospodarki, bo nie pracują albo źle pracują. A w najgorszym razie umierają.

Zwiększona śmiertelność, skrócony okres życia z uwagi na picie alkoholu to oczywiście najważniejszy koszt. Ale żeby pokazać prawdziwy obraz strat, trzeba też uwzględnić wszystkie czynniki z nadmiernym piciem powiązane: koszty wymiaru sprawiedliwości – od policjantów, przez koszty sądowe aż po więziennych strażników, ale także straty celno-skarbowe, koszty systemu ochrony zdrowia; straty dla PKB i systemu podatkowego kraju wynikające z braku aktywności zawodowej osób nadmiernie pijących i z przedwczesnych zgonów, świadczenia pomocy społecznej czy wydatki publiczne na rozwiązywanie problemów alkoholowych.

Około 2,4 mln zł – tyle mniej więcej kosztuje gospodarkę śmierć człowieka, według raportu na ten temat przygotowanego przez badaczy z SGH. Z danych, które zebrali wynika, że łączna liczba zgonów Polaków z powodu wszystkich chorób odalkoholowych to ok. 35 tys. osób rocznie, a zatem same koszty społeczne sięgają 84 mld zł. Według ich szacunków, wartość kosztów społeczno-ekonomicznych nadmiernego alkoholizowania się przekroczyła w 2020 roku poziom 93 mld zł.

W 2010 r. Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, którą kierowałem, opublikowała własne badania – łączne koszty oceniliśmy wówczas na 31 mld zł. To są piekielnie trudne badania, ja oceniam, że dotarliśmy wtedy do 80 proc. źródeł wydatków.

Nawet jednak bez liczenia bezpowrotnych start w kapitale ludzkim, picie pożera skromny budżet na ochronę zdrowia w Polsce. Według ocen WHO, Narodowy Fundusz Zdrowia na SOR-ach (gdzie to jest nawet 30 proc. przyjmowanych) w POZ i na oddziałach szpitalnych wydaje 8 do 10 proc. swojego rocznego budżetu na leczenie tych, którzy przedawkowali alkohol.

Powiem wprost – to oznacza, że w tym roku nawet 13 mld zł ze środków NFZ pójdzie na to, żeby na powrót uzdatnić do picia tych, którzy wypili za dużo. Na leczenie tych zdiagnozowanych 600-800 tys. osób uzależnionych od alkoholu NFZ wydaje ok. 570 mln złotych, 50 mln zł dokładają do tego gminy.

Wpływy z akcyzy to rekompensują?

W ubiegłym roku wpływy z akcyzy sięgały 13,4 mld zł, więc jeśli odnosimy się do całości kosztów społeczno-ekonomicznych to absolutnie nie.

Polacy piją za dużo i umierają?

Bezdyskusyjnie tak. W przedziale wieku 25-44 lata co czwarty przypadek śmiertelny w Polsce spowodowany jest alkoholem. Wypadków samochodowych szczęśliwie jest mniej, ale gwałtownie wzrasta liczba przypadków śmiertelnych spowodowanych alkoholową marskością wątroby.

Rocznie w Polsce 23 tys. osób umiera z powodów, które bezpośrednio przypisuje się alkoholowi. Zwykle to osoby w wieku produkcyjnym.

Co to znaczy „bezpośrednio”?

Około tysiąca osób rocznie umiera dlatego, że za dużo wypiło. Po prostu. Alkohol jest trucizną, w związku z czym, mówiąc krótko, jeśli wypijesz za dużo – organizm się zatruje. To może się zdarzyć człowiekowi młodemu, starszemu, kobiecie, mężczyźnie – każdemu.

Około 7-8 tys., co jest szczególnie dramatyczne, to zgony spowodowane zaburzeniami psychicznymi wywołanymi alkoholem. Alkohol, jako środek psychoaktywny, rozstraja system nerwowy człowieka.

Najwięcej osób zabija zaś alkoholowa marskość wątroby – około 3 tys. kobiet i prawie 10 tys. mężczyzn każdego roku. Od 2011 r. lekarze raportują gwałtowny wzrost zgonów tym właśnie spowodowanych.

Niestety, mimo podwyżek akcyzy, od tamtego czasu nie udało się ograniczyć spożycia alkoholu.

Co głównie pijemy – piwo, wino czy wódkę – i czy to w ogóle ma znaczenie, skoro to alkohol?

Jeśli chodzi o zdrowie publiczne, to nie ma żadnego znaczenia. Rodzaj spożywanego alkoholu świadczy raczej o stylu picia, chociaż wśród piwoszy też zdarzają się tacy, którzy wypiją nie jedno, a osiem piw dziennie. Co też jest niezłą dawką alkoholu, a ilość ma znaczenie.

Ale tyle wódki, ile w tej chwili się wypija w proporcji do reszty alkoholi, nie piliśmy od ponad dwudziestu lat.

Czyli mimo wieloletniego aspirowania do stylu picia południowców, dziś dalej nam to tego niż w PRL-u?

My pijemy rzadziej niż południowcy, ale pijemy więcej. Pijemy, żeby się upić.

W roku 2000 udział wyrobów spirytusowych w ogólnym spożyciu alkoholu wynosił 28 proc., a wina 20 proc. W roku 2021 udział wina spadł do 8,5 proc. a wódki wzrósł do ponad 39 proc.

Pilibyśmy mniej, gdyby akcyza była wyższa? Czy to jest czynnik decydujący?

Nie ma jednego czynnika decydującego. Jak mówi prof. Jerzy Mellibruda, problem picia alkoholu to jest zjawisko biopsychospołeczne, składa się z wielu elementów i nie ma jednego spustu, który je uaktywnia albo blokuje i ogranicza straty. To musi być kompleks działań. Głębokie znaczenie mają rozwiązania, które będą zmniejszać szanse na upijanie się.

Wyższe ceny?

Tak, w połączeniu ze zmianą w podatku akcyzowym. Trzeba uzależnić ceny alkoholu i akcyzę od zawartości alkoholu w produkcie. Skoro państwo nie chce i raczej nie może zupełnie zakazać w kraju sprzedaży alkoholu, to przynajmniej powinno promować wyroby z niższą zawartością C2H5OH, co byłoby zgodne z ustawą. To byłaby właściwa polityka.

Czyli chodzi o to, żeby przepisy podatkowe skonstruować tak, aby producentom bardziej opłacało się produkować wyroby o niższej zawartości alkoholu?

Tak, a w efekcie o to, by klientom bardziej opłacało się kupować takie wyroby. Jeśli ustalimy i będziemy stosować cenę za standardową porcję alkoholu, to jestem pewien, że dwie grupy społeczne ograniczą swoje picie: młodzież będzie sięgać po piwo 3-procentowe, nie 6-procentowe, bo to mocniejsze będzie droższe. I, co istotne, ci, którzy już przekroczyli „cienką czerwoną linię” i stać ich tylko na jedną puszkę czy butelkę na dzień, gdy zbiorą trochę złomu, przyjmą dużo mniej C2H5OH. Cena minimalna powinna być oczywiście indeksowana o wskaźnik inflacji. Wtedy ma to sens.

Byłam kiedyś na stacji paliw świadkiem takiej sceny: do kosza na śmieci za budynkiem podszedł mężczyzna, wyjął małpkę, opróżnił, wyrzucił pustą butelkę, poszedł w swoją stronę. Dość dramatycznie to wyglądało zważywszy na miejsce.

Mimo że w aucie pić nie można, nawet jeśli jest się pasażerem, to alkohol tam jest przygotowany do spożycia – tzw. „małpki” na stacjach paliw stoją w lodówkach! Jest to absolutnie naganne, alkohol powinien zniknąć ze stacji paliw.

W Polsce działa 102 tys. punktów sprzedaży alkoholu, w tym około 8 tys. stacji paliw, a to oznacza, że alkohol jest dostępny non stop, całą dobę, w każde święto i dzień pracy.

Inne sklepy z alkoholem też należy zamknąć?

Nie jestem za prohibicją. Taki ruch nie jest zresztą możliwy, więc bądźmy racjonalni i pragmatyczni. Nawet będąc jeszcze szefem PARPA, zdawałem sobie sprawę z tego, że sklepy prywatne, tzw. małoformatowe, bardzo często utrzymują się ze sprzedaży alkoholu. W ubiegłym roku, według badań Nielsena, 27 proc. obrotów małych sklepów płynie ze sprzedaży piwa. Gdyby w tym sklepiku nie było zaś tego piwa czy taniego wina to w ogóle nie byłoby sklepiku we wsi, a więc we wsi nie byłoby też chleba.

Klincz? Jak z niego wyjść?

Sięgając po sprawdzone rozwiązania z innych krajów, w tym przypadku – zakaz sprzedaży alkoholu w tych sklepach w określonych godzinach, np. od 22.00, jak to zrobili Litwini, którzy też borykają się z ogromnym problemem nadmiernego picia. W wielu krajach już po 18.00 nie można kupić alkoholu.

Skończy się nocne jeżdżenie samochodami po pijaku po to, żeby jeszcze dokupić i dopić. Ludzie powinni podejmować decyzje o ilości alkoholu kupowanego na imprezy na trzeźwo. Inaczej ocenia się sytuację, bo jak wypiję, to chcę jeszcze – tak środek psychoaktywny zmienia nasze myślenie.

Natychmiast należy zlikwidować reklamy alkoholu, również te w internecie, po to, żeby przestać kreować kulturę picia. Reklamy pokazują, że po alkoholu jest fajnie, że przy alkoholu jest dobra zabawa, że alkohol daje siłę, że to wspierające środowisko – to absolutne zafałszowanie rzeczywistości.

Jak zbyt chude modelki na Instagramie.

A to, co młodzież widzi ma ogromne znaczenie dla wychowania i dorosłego życia. To widać teraz jak na dłoni: 20 lat temu decydenci dali się wpakować w zasadzkę, godząc się na reklamę piwa. Przez tych 20 lat wychowaliśmy całe pokolenie w kulturze picia i super zabawy przy alkoholu. Dziś ponosimy konsekwencje tamtej decyzji.

Pora przestać się jednak koncentrować na leczeniu fatalnych skutków, zacznijmy wreszcie zapobiegać. Dzieciaki w tej chwili zaczynają pić w wieku lat 11-13 lat. 5 proc. polskich 14-latków upiło się w ciągu ostatniego miesiąca. Te dzieciaki, które za kilka lat będą dorosłymi, da się jeszcze uratować, ale trzeba zmienić ich postrzeganie alkoholu. Tymczasem w polskich stacjach TV emituje się najwięcej w całej Unii Europejskiej godzin reklam alkoholu.

Zmiana nie będzie łatwa, lobby alkoholowe ma w Sejmie silną pozycję. Na jednym ze spotkań w parlamencie, w trakcie dyskusji o podatku akcyzowym, przemysł alkoholowy przedstawił jako swojego przedstawiciela człowieka, który wcześniej tym samym tematem zajmował się w Ministerstwie Finansów. Przeszedł prosto z MF do współpracy z przemysłem więc przemysł wiedział, jak działać, jak wpływać na politykę podatkową i cenową.

Na przestrzeni całego 2021 roku, na 102 tys. sklepów z alkoholem, w całej Polsce odebrano zaledwie 139 zezwoleń na sprzedaż alkoholu za to, że sprzedano alkohol nieletnim. Nawet się nie dziwię, skoro informację o tym, że sklep będzie kontrolowany trzeba złożyć kilka dni przed kontrolą.

A czy instytucja kontrolna może wynająć sobie młodego człowieka jako tajemniczego klienta?

Może, ale jeżeli ów „tajemniczy klient” będzie miał mniej niż 18 lat to kontrolujący odpowie karnie za rozpijanie młodzieży. Taki przypadek mieliśmy raz nawet w sądzie.

Jak w takim razie przyłapano tych 139 sprzedawców, którym odebrano pozwolenia?

Musiało się wydarzyć coś dramatycznego, musiały być jakieś konsekwencje karne w stosunku do tych pijących nieletnich, dociekano więc, gdzie kupił, kto sprzedał, musiało być wielu świadków. W zwykłych okolicznościach praktycznie nie ma możliwości wyłapania takich nagannych praktyk.

Zaproponowałem kiedyś nagrywanie sprzedaży alkoholu. Pomysł nie przeszedł, rzecznik praw obywatelskich skrytykował mnie, że chcę inwigilacji w każdym sklepie. Nikomu nie przeszkadza nagrywanie klientów w banku, mimo tajemnicy bankowej – podobno ze względu na bezpieczeństwo banku. A jeśli w sklepie sprzedaż alkoholu nieletnim jest przestępstwem to czy kamery nie poprawiłyby sytuacji?

Obecna polityka państwa do walki z ograniczaniem nadmiernego picia nie przewiduje tych elementów, o których pan mówi?

Szczerze? W zasadzie nie ma polityki państwa w tym zakresie. Dlatego pijemy coraz więcej i ponosimy coraz większe tego koszty.

To nie jest trochę zbyt ostra ocena? Od wielu lat działa przecież w Polsce Ustawa o wychowaniu w trzeźwości.

Nasza ustawa jeszcze 15 lat temu była wzorem dla innych państw – Irlandczycy u siebie zaczęli na jej podstawie kształtować politykę wobec alkoholu. Dziś przepisy ustawy są martwe, bo jesteśmy zsocjalizowani z alkoholem, bo zamiast z nim walczyć lekceważymy go, uznajemy za zwykły element życia.

Nawet picie nieletnich już nie wywołuje takiego poruszenia, jak kiedyś. Pewnie pani nie wie, że promowany przez Ministerstwo Edukacji program profilaktyki antyalkoholowej dla młodzieży sponsoruje – uwaga – też producent alkoholu. Tego, że go nazwali SMASHED, co w slangu oznacza nachlany, naćpany, nawalony, już nawet nie skomentuję.

Jak na poziom alkoholizmu, a może raczej alkoholizowania się w Polsce wpłynęła pandemia? Rok zamknięcia w domach i dwa lata ograniczeń wpłynęły na częstsze sięganie po butelkę? Czy można już postawić jakieś pierwsze wnioski?

Wiadomo już, że znacznie spadł średni oczekiwany czas życia – o 3,3 roku w ciągu ostatnich 2 lat. Covid odpowiada jednak za skrócenie go tylko o 1,8 roku, reszta to wina alkoholu i złej diety.

Badania społeczne, które robiła PARPA zanim została rozwiązana pokazują, że w 2020 i 2021 minimalnie wzrosła liczba abstynentów. Widocznie spadło spożycie piwa i trochę spadło spożycie alkoholu wśród młodych – te dwa elementy wiążą się do pewnego stopnia. Piwo jest elementem życia towarzyskiego: te wszystkie grille, puby, wyjścia, spotkania nakręcają sprzedaż piwa. Spotkań nie było, więc piwo było mniej ludziom potrzebne. W związku z tym wśród młodszych ludzi też spadło spożycie alkoholu, bo oni częściej sięgają po ten trunek.

Niestety, w ciągu ostatnich trzech lat o ponad 15 proc. wzrosło w Polsce spożycie wódki. Ja to widzę tak, że ci, którzy wcześniej popijali „małpki”, chodząc do pracy, w pandemii i na pracy zdalnej zamienili „małpki” na większe gabaryty. Towarzystwo popłynęło, bo ci, którzy pili ryzykownie i szkodliwie, przed pandemią przestali się hamować. Równolegle gwałtownie wzrosła liczba zgonów na alkoholową marskość wątroby. A to jest bardzo twardy czynnik, który pokazuje, że ludzie piją dużo i długo. Według wybitnego eksperta prof. Zatońskiego, na marskość wątroby umiera dwa razy więcej ludzi niż zaledwie siedem lat temu.

Mimo że to mężczyźni częściej piją i częściej mają problemy alkoholowe, od jakiegoś czasu w publicznej debacie wyodrębnia się problemy alkoholowe kobiet. Czy jest to inny problem niż problem picia mężczyzn? Czy kobiety się szybciej uzależniają?

Tak. Szybciej i ciężej. Od 2015 roku zaczęła wzrastać liczba zgonów przypisywanych skutkom alkoholu, jak zaburzenia psychiczne i marskość wątroby. Panie piją długo, bo dużo dłużej utrzymują swoje picie w tajemnicy, mają swoje sposoby. Badania z 2019 roku pokazują, że 17-18-latki piją już tyle samo co chłopcy w tym wieku.

Nie dowiedziono wprawdzie, aby picie alkoholu miało wpływać na dzietność kobiet, ale z pewnością wpływa na potomstwo jeśli kobieta pije w ciąży. Przeprowadzaliśmy w PARPA badania, które miały na celu ustalenie, jak wiele dzieci zostało uszkodzonych przez alkohol w okresie płodowym. To był niezmiernie trudny temat i trudne do wykonania badania, ale mamy z nich bardzo ciekawe obserwacje. W województwach bardziej rozwiniętych przemysłowo – mazowieckie, śląskie – piło w ciąży znacznie więcej kobiet niż w świętokrzyskim czy podkarpackim. W tych dwóch ostatnich regionach były też niższe wyniki, jeśli chodzi o liczbę dzieci uszkodzonych przez alkohol. Należy ocenić, że rocznie rodzi się w Polsce nie mniej niż 2 proc. dzieci z różnym natężeniem płodowych zaburzeń alkoholowych (FASD).

Czy pan czasami też pije?

Tak, ale jestem bardzo umiarkowanym użytkownikiem alkoholu.

I naprawdę wierzy Pan, że w Polsce, kraju słowiańskim, który na całym świecie jest „sławny” z picia i mocnych alkoholi nadal jest możliwa radykalna transformacja kultury picia, skoro raz już się nie udało?

Proszę spojrzeć co się stało z tytoniem w życiu publicznym – został wyeliminowany z miejsc publicznych w świecie realnym i z kina.

Tytoń został formalnie wyrzucony z życia społecznego. To prawda, ale właśnie przeżywa wielki powrót do kina – w dowolnym nowym filmie czy serialu zawsze ktoś pali. I to nie ukradkiem, lecz otwarcie, wręcz z dumą.

A więc już dziś można przewidywać, że za jakiś czas stracimy świetne efekty ograniczenia istnienia nikotyny w życiu społecznym, co odbiło się pozytywnie na zdrowiu Polaków i wrócimy do trendu rosnących problemów. Tak się kształtuje przecież zachowania społeczne. Tak było i jest z naszym piciem.


Polecamy także:

Powiązane artykuły

2 komentarzy
Inline Feedbacks
Wyświetl wszystkie komentarze
Gargantua
21 godzin temu

„a więcej pić Polacy zaczęli, gdy w 2003 roku rząd obniżył podatek akcyzowy od wódki, ceny przestały gwałtownie rosnąć.”
Pan dyrektor zdaje się zapominać jaka była skala przemytu alkoholu do Polski. Spożycie było, tylko niewidoczne w statystykach.

Tomek
Reply to  Gargantua
10 godzin temu

Statystyki obejmują nie tylko sprzedaż ale i choroby z przyczyn alkoholowych, zgony, interwencje szpitalne, wypadki pod wpływem alkoholu etc. Nie można zakładać że skala spożycia jest szacowana wyłącznie wg wielkości oficjalnej sprzedaży.

2
0
Skomentuj artykułx