Uniwersytet w Bristolu uważa, że śmierci spowodowanych kryzysem gospodarczym byłoby więcej niż tych, spowodowanych pandemią. O coraz bardziej naglących dylematach w Niemczech pisze Frankfurter Allgemeine Zeitung.

Od prawie dwóch tygodni życie gospodarcze w Niemczech stanęło w miejscu i staje się coraz bardziej jasne, jak ogromne szkody powodują środki ochrony przed rozprzestrzenianiem się koronawirusa.

Nie wiadomo, ile to potrawa, ale monachijski Instytut Ifo obliczył, że jeśli gospodarka trwałaby w obecnym kształcie przez trzy miesiące Niemcy mogłyby stać się uboższe o ponad 700 mld euro.

Dodatkowy budżet w wysokości 156 mld euro, który teraz Berlin uchwalił na biegu mogły jedynie zamortyzować niewielką część strat pracowników i firm.

Mało kto jeszcze chce o tym otwarcie mówić, ale kwestia proporcjonalności jest nagląca: czy ochrona określonej grupy ludności, dla której wirus stanowi zagrożenie życia, uzasadnia pogrążanie się znacznej części społeczeństwa w ekonomicznych obawach egzystencjalnych?

Co mówią wirusolodzy

Rząd w Berlinie stosuje się obecnie do rad wirusologów. Ich zalecenia w największym stopniu kształtują politykę i skazują gospodarkę na stagnację przez kilka miesięcy, a nie kilka tygodni.

To oczywiście działa – spowalnia rozprzestrzenianie się wirusa i chroni przed nadmiernym obciążeniem szpitali.

Problem polega na tym, że to, co pomaga szpitalom, szkodzi gospodarce i zagraża dobrobytowi, jaki Niemcy zbudowały w ostatnich dziesięcioleciach.

Co mówią ekonomiści

Ekonomiści, tacy jak Thomas Straubhaar, ale także Christoph Lütge, opowiadają się za większym zróżnicowaniem.

“To nagłe wymuszone hamowanie gospodarki jest nieproporcjonalne do korzyści płynących z działań ochronnych”, mówi Lütge.

„Zaletą tego wirusa jest to, że wiemy, że jest on szczególnie niebezpieczny dla osób starszych z poważnymi wcześniejszymi schorzeniami. Więc musielibyśmy specjalnie odizolować tę grupę. Nie możemy skoncentrować całego naszego życia gospodarczego na potrzebach 75-latków”, apeluje.

Chińskim i brytyjskim szlakiem

Czołowi niemieccy ekonomiści omawiają obecnie doświadczenia z epicentrum pandemii – chińskiej metropolii Wuhan. Tam, zgodnie z analizą, tylko 0,04 proc. osób zakażonych zmarło na skutek wirusa.

W związku z tym pojawia się pytanie, czy pierwotny kurs brytyjskiego rządu nie był jednak właściwy?

Początkowo bowiem premier Boris Johnson oparł się zamknięciu gospodarczemu, ale zamiast tego chciał wysłać do domu na 12 tygodni 1,5 mln szczególnie narażonych osób.

Reszta populacji miała żyć tak, jak wcześniej, jak najszybciej się zarazić, a następnie uodpornić się na wirusa.

Pod presją opinii publicznej Johnson zrezygnował z tego kierunku, ale nowe badanie przeprowadzone przez Uniwersytet w Bristolu kwestionuje nową strategię.

Według tego badania trwały spadek siły gospodarczej o 6,4 proc. lub więcej oznaczałby, że liczba zgonów w Wielkiej Brytanii z powodu recesji byłaby wyższa niż liczba zgonów spowodowanych przez wirusa.

Takie liczby należy oczywiście traktować z ostrożnością, ale w Niemczech grozi jeszcze większe załamanie: instytut Ifo spodziewa się w tym roku spadku produktu krajowego brutto rzędu od 7,2 do 20,6 proc. Niemiecki rząd niemiecki przewiduje co najmniej 5 proc. w dół.

CZYTAJ TEŻ:

>>> Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson ma koronawirusa

>>> Szacowanie skutków epidemii. Oto 3 możliwe scenariusze dla polskiej gospodarki w 2020 roku