Zaskoczę pewnie wszystkich, ale nasze najnowsze prognozy zakładają spadek sprzedaży w tym roku. Nie jest możliwe, abyśmy odrobili duży spadek przychodów z restauracji i hoteli – mówi w wywiadzie z 300Gospodarką Krzysztof Pawiński, prezes Grupy Maspex, największej polskiej firmy spożywczej.

Maspex to największa polska i jedna z największych w Europie Środkowo-wschodniej firm spożywczych. W 15 fabrykach zatrudnia niemal 8 tys. osób (prawie 6 tys. w Polsce). Maspex jest producentem soków (m. in. Tymbark, Kubuś, Tiger i Tarczyn), makaronów (Lubella), przetworów (Łowicz i Krakus), ketchupów (Kotlin) czy produktów instant (m. in. DecoMoreno).

Katarzyna Mokrzycka, 300Gospodarka: Wszystkie sklepy spożywcze działają normalnie, sprzedaż żywności trwa od poniedziałku do soboty, nie ulega więc wątpliwości, że branża spożywcza wyjdzie z kryzysu wywołanego epidemią obronną ręką. Zupełnie bez szwanku?

Krzysztof Pawiński, współwłaściciel i prezes Grupy Maspex: W pełni zdaję sobie sprawę, że licytowanie się branży spożywczej z innymi sektorami gospodarki, kto ma gorzej, byłoby nie na miejscu. Mamy wiele pokory wobec sytuacji na rynku, dlatego ze swojej strony staramy się dać to, co możemy najlepszego – stąd nasza akcja „Milion produktów dla wszystkich szpitali zakaźnych jednoimiennych”.

Wszystko, co powiem o chęci zaangażowania się w pomoc zabrzmi banalnie, więc powiem tylko, że dla nas to nie jest dziś tylko biznes, to także obowiązek. Na firmach z branży spożywczej ciąży dziś duża odpowiedzialność – musimy zagwarantować, żeby na półkach nie brakowało towarów. To jeden z filarów, od którego zależy poczucie bezpieczeństwa ludzi.

Czyli dostawy są realizowane normalnie?

Normalnie trzeba wziąć w nawias, ponieważ obecnie mamy do czynienia ze szczególną sytuacją, a co za tym idzie nowymi obostrzeniami. W naszych zakładach działają dodatkowe procedury bezpieczeństwa, kierowcy muszą ograniczać kontakt z osobami postronnymi, dokumenty są przekazywane z zachowaniem odpowiedniego dystansu przy minimum kontaktu bezpośredniego.

Robimy wszystko, żeby maksymalnie zminimalizować ryzyko zachorowań. Wszystkie znane mi firmy wprowadziły tzw. checkpointy.

Checkpointy? Na czym to polega?

W ciągu tygodnia dokonaliśmy przeglądu gigantycznych ilości naszych aktywności. Muszę powiedzieć, że przeszliśmy przez szkołę błyskawicznego zarządzania kryzysowego i równie błyskawicznie nauczyliśmy się budować plany awaryjne. To zarządzanie ryzykiem jakiego świat dotąd nie widział!

Każda firma, która utrzymuje produkcję – niezależnie od branży i kraju – musiała szybko przepracować poszczególne mogące się zdarzyć w organizacji pracy sytuacje kryzysowe.

Trzeba myśleć w kategoriach największego możliwego ryzyka, np. co się stanie, jeśli dojdzie do zakażenia pracownika, jak przeorganizować pracę zakładu, aby nadal produkował, co się stanie jeśli zostanie zablokowana logistyka, jak działać w przypadku wstrzymania dostaw surowca czy opakowań, i tak dalej. Przygotowaliśmy procedury i podzieliliśmy się nimi z naszym otoczeniem handlowym.

Czy łańcuch dostaw został utrzymany, np. dostawy surowców? Blokada transportu nie zablokowała produkcji?

Logistyka funkcjonuje już poprawnie – zarówno w wydaniu krajowym, jak i międzynarodowym. Przez pewien czas obawialiśmy się szkód spowodowanych zablokowaniem transportu na granicy. Na szczęście ten problem został szybko rozwiązany. Myślę, że decydenci zrozumieli, że rzeczą gorszą od epidemii byłaby epidemia i puste półki. A samochodami jest przewożona gigantyczna ilość towaru.

W zdecydowanej większości dostawcy pracują normalnie. Niektórych surowców (jak choćby witaminy C) zabrakło, gdy w sposób nieprzewidywalny gwałtownie skoczył na nie popyt. Udaje nam się jednak znaleźć zamienniki, poszerzamy bazę dostawców i układamy hierarchię naszych potrzeb.

Przemodelowaliśmy produkcję – skupiamy się na głównych produktach. Zapasy magazynowe wystarczyły na pierwszą krótką falę popytową, dlatego obecnie pracujemy pełną mocą, na wszystkich liniach produkujących makarony, mąki, płatki śniadaniowe, sosy i przetwory owocowo-warzywne.

Dziś już wszyscy wiedzą, że ta sytuacja nie skończy się w dwa tygodnie. A wiele krajów, które eksportują na cały świat wstrzymuje działalność podmiotów gospodarczych – Włochy zablokowały pracę niemal wszystkich firm. Na jak długo wystarczy wam zapasów i opakowań?

Produkcja spożywcza w większości jest produkcją lokalną. Łańcuchy dostaw żywności funkcjonują w Europie normalnie, ale większość surowców i opakowań i tak kupujemy od krajowych dostawców. Nie znaczy to jednak, że zupełnie omijają nas czynniki, które działają na rynek destrukcyjnie.

Skoro nie jest to zablokowany transport ani ograniczone dostawy surowców, to co?

Zamknięte hotele i niedziałające restauracje. Spadek sprzedaży w horeca [hotele, restauracje, catering/cafe – red.] to dla nas duży problem. Z dnia na dzień zostały bez przychodów, z kosztami. Tradycyjnie Święta Wielkanocne otwierają sezon wiosenno-letni, na który branża bardzo czeka. W tym roku nie ma na to szans.

Zamarła turystyka, nie będzie punktów sezonowej sprzedaży, wszystkie produkty będące odpowiedzią na ludzką mobilność – czyli wszystko to, z czego korzystamy poza domem – to obszar sprzedaży pod wielkim znakiem zapytania. To nie będzie czas na konsumencki optymizm.

Jaki jest poziom należności Maspexu?

Cały handel w Polsce opiera się na kredytowaniu przez poszczególnych uczestników tego rynku. Stan wyzwań z obszaru obsługi należności będziemy pewnie odkrywali przez najbliższych kilka miesięcy, na wielu poziomach dystrybucji.

Ale, ponownie podkreślam, że w rachunku ciągnionym nie jest to skala problemów, z którymi muszą się mierzyć inne firmy produkcyjne. Z czego mają dziś zapłacić ci, którzy musieli wstrzymać działalność? Mam świadomość, że każdy pracodawca najpierw musi zająć się zabezpieczeniem pracowników, później uzgodnieniem kwestii czynszów najmu lokalu, w którym działa.

Liczymy, że rządowy pakiet pomocowy może wyjść naprzeciw potrzebom około 150 tys. zagrożonych miejsc pracy, ale według naszych analiz, w ramach związku pracodawców Lewiatan, potrzeby mogą dotyczyć nawet miliona osób. My mówimy zaledwie o zmniejszeniu sprzedaży. Tysiące firm być może będzie musiało zacząć od nowa.

Czy wzmożona sprzedaż w sklepach nie odrobi spadku zamówień z sektora horeca?

To nie jest możliwe. W Polsce kilkanaście procent sprzedaży produktów spożywczych jest dedykowane restauracjom i hotelom, a nawet sama branża turystyczna nie oczekuje raczej normalizacji sytuacji w tym sezonie letnim.

Gdy odwoływałem wyjazd planowany na święta, zaproponowano mi przesunięcie terminu w czasie, ale nie o miesiąc czy dwa, lecz o rok. Taką perspektywę ograniczenia działalności bierze pod uwagę branża turystyczna, a więc także hotele i część restauracji.

Być może spożywka to jedyna branża produkcyjna, która w tym roku nie zanotuje strat. Jaki wzrost sprzedaży planuje Maspex na koniec roku?

Zaskoczę wszystkich pewnie, ale nasze najnowsze prognozy zakładają spadek sprzedaży w tym roku. Nie jest możliwe, abyśmy odrobili w innych kanałach duży spadek przychodów w horeca.

Mimo że Polacy masowo robili zapasy?

Nie traktujemy wybicia sprzedaży w detalu jako zjawiska, które zwiększy nasze przychody w skali roku. Jesteśmy przekonani, że zakupy zrobione na zapas będą konsumowane w późniejszym okresie kosztem bieżących wydatków gospodarstw domowych.

Minister zdrowia przestrzega, że wkrótce w Polsce może zachorować nawet 10 tys. osób. Statystyka podpowiada, że niemal każdy w swoim otoczeniu tego doświadczy w taki czy inny sposób. Jest Pan przygotowany na taki scenariusz w firmie?

Przyjmujemy w naszych scenariuszach, że większym ograniczeniem niż brak surowców może być dostępność ludzi. Nie da się zastąpić z dnia na dzień wyspecjalizowanego pracownika kimś, kto jest nieprzygotowany do zawodu. Być może bardziej niż kiedykolwiek dotąd opłaci się gigantyczny wysiłek, który włożyliśmy w zautomatyzowanie produkcji.

Jeśli pojawią się wśród nas zachorowania to najważniejsze będzie, aby zachować margines bezpieczeństwa. Nawet jeśli zajdzie konieczność wyłączenia brygady czy zmiany, najważniejsze, żeby nie sparaliżować całej fabryki. I mamy na to odpowiednie procedury.

Wiele firm wysłało pracowników na telepracę. Jak reagują pracownicy fabryki, którzy muszą pracować?

Lęk jest rzeczą naturalną, ale u naszych ludzi widzę wzmożoną dyscyplinę. Oni rozumieją, że aby ktoś mógł pozostać w domu, ktoś inny musi pracować. Żywności nie zabraknie.

 


Polecamy także inne nasze wywiady, w których przedstawiciele polskich firm opowiadają, jak radzą sobie z epidemią koronawirusa.

>>> Dziś naszym największym przeciwnikiem jest brak informacji – mówi właściciel firmy Meble Wójcik

>>> Właściciel agencji pracy tymczasowej: Widzimy duże zainteresowanie naszymi usługami, a po stronie pracowników jest ono wręcz ogromne

>>> W szeroko rozumianej branży imprez odbywa się pogrom – mówi o epidemii wiceprezes Targów Poznańskich

>>> Tak koronawirus uderzył w polskie firmy. Właściciel Lancerto: W jednej chwili została zahibernowana cała firma