Nie ma gdzie się przenieść. Mój tata w 1998 r. stracił z dnia na dzień rynek rosyjski,. Znalazł nowych odbiorców, ale miał otwarty obszar do poszukiwań! W tej chwili zamknięte są niemal wszystkie rynki. Nawet jeśli w Ameryce Płd dzisiaj dałoby się jeszcze coś sprzedać, to nie wiadomo, jak długo to potrwa – mówi w wywiadzie z 300Gospodarką Piotr Wójcik, prezes firmy meblarskiej Meble Wójcik.

Producent mebli Meble Wójcik to firma rodzinna, która działa od 35 lat, zatrudnia 1500 osób i ma trzy fabryki w Elblągu.

Katarzyna Mokrzycka, 300Gospodarka: Ile fabryk należy do firmy?

Piotr Wójcik, prezes Meble Wójcik: Trzy, wszystkie w Elblągu.

Pracujecie normalnie?

Pracowaliśmy normalnie do końca ubiegłego tygodnia. W tym tygodniu zamykamy jeden zakład. Będziemy musieli podjąć decyzję co do dwóch pozostałych, być może będą działać jeszcze przez tydzień, kończyć potwierdzone zamówienia.

Zamykacie z powodu obaw pracowników czy z powodu braku sprzedaży?

Pracownicy podchodzą do wirusa bardzo spokojnie, bez paniki. Oczywiście wprowadziliśmy wiele dodatkowych zabezpieczeń. Wstrzymujemy produkcję, bo prawie wszyscy nasi klienci zamknęli swoje sklepy.

Sprzedaje pan głównie w Polsce czy zagranicą? Z iloma strategicznymi partnerami współpracujecie?

Polska to nasz trzeci rynek. Strategicznych odbiorców mamy przede wszystkim z Niemiec i Austrii – około 30 dużych firm, także największych na świecie w tej branży. Liczba sklepów, do których trafiały nasze meble idzie w tysiące. Tylko jeden z naszych klientów ma ponad 2000 sklepów. Wszystkie te salony są teraz zamknięte. Niektórzy klienci odbierają zamówienia na magazyny, ale te magazyny powoli się wypełniają. Codziennie dostajemy informację, że kolejne już nie przyjmują towaru.

Jak większość branż, przyjęliśmy strategię, że produkujemy tylko to, co klienci zadeklarowali, że odbiorą. Dla nas najważniejsze, że klienci nie kasują zamówień tylko je wstrzymują – oni też liczą, że okres przestoju szybko minie.

Ile osób Pan zatrudnia?

Mam na etatach 1500 osób, wszystkich zatrudniamy na umowę o pracę.

Zamierza pan utrzymać pełne zatrudnienie?

Chciałbym zatrzymać wszystkich pracowników, nie chcemy robić zwolnień grupowych, nie chcemy redukować załogi. Nie wyobrażam sobie, żeby w takiej sytuacji, chociaż bardzo kryzysowej dla firmy, zostawić ludzi na lodzie. Będziemy naszym pracownikom proponować rozwiązanie na trudny czas.

Będzie Pan renegocjował wysokość wynagrodzeń?

Sytuacja jest bardzo dynamiczna, liczymy i sprawdzamy nasze możliwości, nasze zobowiązania… Chcemy wykorzystać mechanizmy, które dadzą naszym pracownikom poczucie bezpieczeństwa. Może wesprą nas narzędzia z pakietu rządowego, który mamy nadzieję będzie dotyczył również dużych firm. Wszystko zależy więc od płynności firmy.

Co jest dla pana największym wyzwaniem w tym momencie?

Naszym największym przeciwnikiem jest brak informacji – nie mamy osi czasu, nie wiemy, choćby w przybliżeniu, kiedy i na co możemy liczyć. Nikt na świecie nie jest w stanie choćby w przybliżeniu określić kiedy sprzedaż detaliczna zacznie wracać do normy. Niemożliwe jest zarządzanie dużą organizacją bez tej podstawowej informacji.

Jeśli od naszych klientów dostaniemy informację, że w kwietniu, najdalej w maju będą otwierać sklepy to będziemy mogli też ustalić, jak współpracować z pracownikami i dostawcami.

Europa jest dziś największym punktem zapalnym wirusa. Czy da się w miarę szybko przenieść sprzedaż na inne rynki, np. do Ameryki Południowej, gdzie wirus nie jest jeszcze tak silnie rozprzestrzeniony?

Nie ma gdzie się przenieść. Sytuacja bez precedensu. Mój tata, założyciel naszej firmy, w 1998 r. stracił z dnia na dzień rynek rosyjski, który odpowiadał za prawie całą sprzedaż i był zmuszony szukać innych odbiorców. Znalazł ich w Czechach, w Niemczech, w Austrii, ale miał otwarty obszar do poszukiwań!

W tej chwili zamknięte są niemal wszystkie rynki. Nawet jeśli w Ameryce Południowej dzisiaj dałoby się jeszcze coś sprzedać, to przecież nie wiadomo jak długo to potrwa. Z dużym prawdopodobieństwem wkrótce zaczną się zamykać sklepy także i tam.

Jaki spadek przychodów szacujecie?

W skali roku, przy założeniu że wstrzymanie produkcji potrwa tylko cztery, najwyżej pięć tygodni, mówimy o spadku 10-15 proc. Mam jednak świadomość, że nawet gdy uruchomimy produkcję, to sprzedaż może jeszcze długo nie wrócić do poziomu sprzed kryzysu.

Spodziewam się osłabienia konsumpcji i finalnie możemy odczuć spadek nawet do 30 proc. To wszystko zależy od tego, jak długo handel u naszych klientów będzie wstrzymany. Straty mogą być jeszcze wyższe.

Nie ma żadnego kanału, w którym mógłby Pan spróbować odrobić sprzedaż chociaż trochę?

Teoretycznie w Polsce czynne są wszystkie sklepy poza galeriami handlowymi, ale w praktyce ruch w nich jest tak znikomy, że ich właścicielom prowadzenie handlu się nie opłaca.

Internet?

Rzeczywiście, widzę szansę w sprzedaży internetowej. E-commerce w naszej branży nadal działa w miarę stabilnie. Drugą wciąż jeszcze działającą gałęzią sprzedaży są sklepy budowlane, sprzedające również meble – tam ruch także jeszcze nie zamarł zupełnie.

Jaka część sprzedaży jest dziś realizowana przez internet?

Nie więcej niż 5 proc.

Sądzi pan, że ten udział teraz można zwiększyć?

Myślę że nasi odbiorcy będą pracować nad różnego rodzaju akcjami marketingowymi. Chcemy ich w tym wspierać, żeby jakiś handel jednak się odbywał, ale na wielki wzrost nie liczę.

Jaką strategię zamierza pan przyjąć w rozmowach z odbiorcami? Z jednej strony ma Pan na utrzymaniu 1500 osób – potrzebuje Pan pieniędzy na pensje. Z drugiej – klienci są najczęściej w takiej samej sytuacji – zero przychodów, ludzie na utrzymaniu.

Rozmawiamy z klientami o tym, aby płatności były realizowane. My musimy i chcemy zapłacić naszym dostawcom. Utrata płynności oznacza zero szans na przetrwanie dla firmy, zwłaszcza że nie wiemy, jak długo potrwa okres zawieszenia sprzedaży. Za wszelką cenę i nasza firma, i moi klienci, i dostawcy musimy utrzymać płynność.

Zawsze staraliśmy się wybierać do współpracy solidnych klientów, mocnych także kapitałowo. Mam nadzieję, że to teraz zaprocentuje, ale poziom niepewności jest bardzo wysoki.

Czy ma Pan jakieś zapasy finansowe?

Branża meblarska jest bardzo nisko marżowa. Pracując z solidnymi klientami, nie mieliśmy problemów z płynnością, ale też dużych rezerw kapitałowych.

Rząd przedstawił pakiet pomocowy dla firm – czy znalazł Pan w nim coś dla swojej?

Kierunek, w którym idą te rozwiązania jest dobry, ale brakuje najbardziej potrzebnego elementu: informacji, kiedy ten pakiet zostanie wdrożony. Czekamy na szczegółowe rozporządzenia. Zapowiedź rządu tylko pomnożyła ilość pytań. Przede wszystkim: pakiet narzędzi pomocowych musi również dotyczyć dużych firm i koncentrować się na dwóch podstawowych obszarach: ochronie miejsc pracy oraz wsparciu firm w podtrzymaniu płynności.

Co może pan zrobić we własnym zakresie?

Staramy się minimalizować straty. Dziś celem jest dopasowanie się organizacji do popytu, czyli zamrożenie produkcji i zadbanie o interesy pracowników. Staramy się utrzymać firmę w takiej kondycji, żeby w pierwszym dogodnym momencie natychmiast móc wrócić do pełnej produkcji.

 


Polecamy także inne nasze wywiady, w których przedstawiciele polskich firm opowiadają, jak radzą sobie z epidemią koronawirusa.

>>> Właściciel agencji pracy tymczasowej: Widzimy duże zainteresowanie naszymi usługami, a po stronie pracowników jest ono wręcz ogromne

>>> W szeroko rozumianej branży imprez odbywa się pogrom – mówi o epidemii wiceprezes Targów Poznańskich

>>> Tak koronawirus uderzył w polskie firmy. Właściciel Lancerto: W jednej chwili została zahibernowana cała firma